Być kobietą i nie zwariować
Opowieści psychoterapeutyczne
Monika Pawluczuk, Katarzyna Miller
Poradniki,
seria: psychologia
premiera: luty 2010
wydanie: I
gatunek: poradnik
oprawa: miękka
format: 12,3 x 19,5 cm
liczba stron: 312
ilustracje: rysunki czarno-białe
ISBN 978-83-7414-649-4
Jak być kobietą szczęśliwą? Jak być pewną siebie? Jak nie być ofiarą? Takie pytania zadaje sobie wiele współczesnych kobiet. Bo nie jest łatwo być kobietą w świecie, w którym ciągle jeszcze mężczyźni mają przewagę. W świecie, w którym nadal utrzymuje się wyraźny podział na to, co męskie, i na to, co kobiece. Dziwne, że podział ten jest mocniejszy w życiu prywatnym niż zawodowym. W książce Być kobietą i nie zwariować znajdujemy przykłady najbardziej typowych kobiecych problemów. Problemów z sobą, ze swoją tożsamością, z relacją ja - mąż, ja - inni, oceną samej siebie, dostrzeżeniem tego prawdziwego „ja" i polubieniem go. To swobodna rozmowa kilkunastu kobiet, zapis warsztatów psychoterapeutycznych, w których brały udział. Ta forma przekazu daje poczucie współuczestnictwa i może zainteresować podobnymi warsztatami także inne kobiety. A warto jest rozmawiać, bo w rozmowie łatwiej zobaczyć to, czego samej w ferworze codziennych spraw się nie dostrzega; łatwiej coś zmienić, gdy ma się czyjeś wsparcie. Książka dla kobiet szukających szczęścia... w sobie.
Te relacje ze spotkań psychoterapeutki z dziennikarką to połączenie terapii i przyjacielskich zwierzeń. Są uzdrawiającymi rozmowami doświadczonych kobiet. Po ich przeczytaniu może będziesz wściekła na siebie albo na mężczyzn. Po ich przemyśleniu pokochasz mądrzej, przynajmniej siebie.
Manuela Gretkowska o książce Chcę być kochana tak jak CHCĘ
Magda: Ja na nic nie mam czasu, ciągle pracuję, potem przychodzę do domu i zajmuję się dzieckiem. Wstaję czasem o piątej, żeby wszystko przygotować, żeby codziennie był inny obiad, bo przecież dwa razy nie można zjeść tego samego. No i zawsze wszystko jest ważniejsze od tego, co ja bym chciała zrobić dla siebie.
Kasia: Kto tak mówi, że to jest ważniejsze? Słyszysz ten głos? Umiesz go zlokalizować? Czy on mówi: trzeba, powinnaś?
Magda: Nawet „muszę".
Kasia: I co? Coś innego się odzywa czy cisza?
Magda: No właśnie zaczęło się odzywać.
Kasia: No a co się odzywa?
Magda: Że nie muszę; nie mogę już mówić: „muszę"...
Kasia: A „nie chcę"? Gdzie jest: „nie chcę" albo „chcę czegoś innego", a gdzie jest „nie opłaca się tak zasuwać, bo wtedy życie mija nie wiadomo, na czym i można zrobić profesurę, ino, że się nie pobyło, nie pożyło, nie nacieszyło?" Słyszysz ten głos?
Magda: Tak.
Kasia: To trzeba go wzmacniać. A chcesz wstawać codziennie o piątej rano i tak się zarzynać?
Magda: Niby nie chcę...
Kasia: Niby wiem, niby rozumiem, niby nie chcę. Jak mówisz: „niby", to się oszukujesz, że wiesz, że nie chcesz... Sprawdź, jak będzie ci brzmiało „chcę" albo „nie chcę", bez niby. Magda: Nie chcę wstawać o piątej...
Kasia: Oj, jeszcze słabiutko, słabiutko, ale dobrze, że już się pojawiło NIE CHCĘ.
Fragmenty
Bohaterki:
AGNIESZKA: Prawniczka, trzydzieści sześć lat. Stonowane kolory, gładkie jasne włosy do ramion, delikatny makijaż, delikatna biżuteria. Uprzejma, małomówna.
MAGDA: Pięćdziesiątka wyglądająca na trzydziestkę. Piękność. Nosi się z godnością, porusza powoli, mówi cichym głosem, rozwlekle. Dyskretna elegancja. Beże, brązy. Rzadko biżuteria.
KRYSIA: Pięćdziesiąt pięć lat. Mogłaby wyglądać ładnie, ale widać, że o siebie nie dba. Dresowe spodnie, bury sweter, włosy w nieokreślonym kolorze, nieumalowana, nieuregulowane brwi. Usłużna, każdej zrobi herbatę lub coś przyniesie.
GOŚKA: Dwadzieścia dziewięć lat, akuratna. Wydaje się przed chwilą wyprana, wyprasowana, wygimnastykowana. Skupiona, zmarszczone czoło, mówi szybko, na jednym oddechu.
MAŁGOSIA: Czterdzieści dwa lata. Bardzo ładna, bardzo zadbana. Ubrana codziennie inaczej, zawsze modnie i drogo, w sposób podkreślający jej zgrabną figurę. Codziennie nowa biżuteria. Chętnie rozmawia o zakupach, kosmetykach, odchudzaniu, operacjach plastycznych.
KINGA: Po czterdziestce. Przyjaciółka Małgosi, siedzą obok siebie. Duża blondyna. Szopa jasnych włosów, biała skóra. Cała obła, cielesna, duży biust, zawsze na czarno, spokojna, często leży.
MELANIA: Najmłodsza z grupy, dwadzieścia dwa lata. Pełna wdzięku; czasem świadomie go używa, a czasem bardzo szczerze zupełnie nie wierzy w swoją urodę. Modne ciuchy, bardzo wymyślne. Umalowana. O zmiennych nastrojach.
ZOSIA: Trzydzieści pięć lat, gładka buzia, kręcone włosy. Irytująco perfekcyjna i pouczająca innych. Często się dąsa, ale ma też mnóstwo dziecięcego uroku.
EWKA: Dwadzieścia osiem lat, chuda, wysoka, chłopięca sylwetka. Zawsze nosi spodnie i fikuśne, przedziwne dodatki. Nie maluje się. Dużo się śmieje. Szczera, otwarta. Mieszka z parą gejów.
JOLA: Trzydzieści pięć lat, ciemne bujne włosy. Smukła, sprężysta, zmysłowa, trochę jakby nieobecna. Ciekawe, oryginalne kiecki. Mówi rzadko, ale wypowiedzi ma celne.
ZYTA: Czterdziestka. Ogromne dekolty, fioletowe pasmo włosów opadające na twarz, reszta głowy - czerwona. Największe torby, najdłuższe kolczyki.
KASIA: Terapeutka, sześćdziesiąt lat. Bywa, że wygląda na czterdzieści. Ruda, gruba. Najgrubsza z całej grupy. Kolorowo ubrana. Często się śmieje, ma dowcip na każdą okazję. Czasem się złości. Używa „wyrazów" częściej, niż wypada tutaj zamieścić. Bardzo lubi pracować z kobietami.
Miejsce akcji:
Tego miejsca nie ma. Nigdy nie było tej grupy, choć odbyło się i odbywa wiele warsztatów, w których uczestniczą podobne, jak i zupełnie inne kobiety. Terapeutka natomiast istnieje naprawdę. Reszta została trochę zmyślona, trochę przerobiona, skompilowana z wielu wykładów, sesji grupowych i indywidualnych, z wielu spotkań, krótkich i długich, w różnych miastach i miasteczkach. Jest tu więcej „gadania", niż bywa na warsztatach, ponieważ autorkom wydawało się, że pewne problemy wymagają szerszego wyjaśnienia. Osoby występujące jako członkinie grupy nie istnieją, ale ciekawie było je „stworzyć" i uczynić bohaterkami wątków wspólnych dla tak wielu kobiet.
Nasza książka nie została pomyślana jako podręcznik psychologicznej pracy z kobietami ani wyczerpujący, diagnostyczny przegląd kobiecych bolączek. To raczej dość swobodna i luźna próba przekazania osobistego stylu pracy terapeutki i jej podejścia do spraw, o których pragnie rozmawiać tak wiele pań, poszukujących dróg rozwoju i chcących wprowadzić zmiany w swoim życiu.
s. 3-5
Kasia: Dziewczyny, to zgroza, ile baba jest w stanie zrobić dla faceta! Ja miałam takie wyobrażenie, że jak kogoś pokocham, to tak bardzo, że będę dla niego podłogi szorować. Rozumiecie? Na kolanach. Będę klęczeć ze szmatą w garści i będę czyścić mu te podłogi, z miłości. Takie miałam wyobrażenie o oddaniu. To było coś nieprawdopodobnie smutnego. To było moje osobiste dno. To było strasznie przeciwko mnie samej. I wiecie, ile razy ja to słyszę od was! Tylko w różnych wersjach.
Pewnie teraz odzywa się w was: „No jak to? Przecież romantyczna, PRAWDZIWA miłość to właśnie całkowite oddanie, ja jestem jego, a on jest mój". Tak, tak. Ja jestem jego, ale on niekoniecznie jest mój.
Od wieków ochoczo oddajemy siebie. Za co? Za iluzję. Za marzenie o tym, jaki on będzie. Że mi zaimponuje, że mi się spodoba, że mnie weźmie, że mnie oszołomi, no nie? He, he... Dowcip Mleczki mi się przypomina: wziął pięćset złotych i mnie oszołomił... Co najbardziej oszałamia dziewczyny pragnące miłości? Najbardziej bierze nas to, że facet jest niedostępny. Samotny jak wilk stepowy, nieosiągalny jak wieszcz na Ajudahu skale... Pomilczy, popatrzy głęboko w oczy, a potem znika. Jest męską tajemnicą, jest taki, kurde, boski...
Do tego najczęściej ma bajer. I tym bajerem potrafi tak zanęcić, że od razu jesteś ugotowana - przekonana, że rozpoczyna się właśnie wyjątkowa miłosna przygoda. Tylko jak się do niego dobrać? Im bardziej się zbliżasz, tym BARDZIEJ on ucieka. To jest to!
Żadne tam, żeby na spacer wziąć, za rękę potrzymać. To nic nie jest. I potem jeszcze pocałować i powiedzieć: „Zadzwonię do ciebie jutro" - i zadzwonić. Toż to nudy! Powiedział, że zadzwoni, i zadzwonił, powiedział: „Wiesz co, lubię cię", to za czym ty teraz będziesz wzdychać? Toż to nie jest ten rycerz, wojownik, na którego czekasz. Ten pan Nieosiągalny, który tu i tam po świecie jeździ - a przynajmniej po okolicy - i nigdy nie wiadomo, kiedy przyjedzie i kiedy będzie się musiał pakować z powrotem. Tu mu piórko błyszczy, tam mu się czaprak mieni... On bryluje, a ona w okienku: „Żeby on tak po mnie, po mnie..." A on... do sąsiadki.
W czym tkwi sedno tej całej zabawy? Co nas tak totalnie załatwia? To, że prawie wszystkie byłyśmy wychowywane neurotycznie, co oznacza: „Nie wystarczy, że jestem". Zdrowe kochanie wyposaża nas w poczucie: „Wystarczy, że jestem". Mogę iść na krawcową, mogę być szewcem, pracować w zieleni miejskiej. Rozumiecie? Chodzi o to, jakich nas chcą rodzice. Jeśli nas kochają, to cokolwiek robimy, dla nich jesteśmy w porządku. Jakiekolwiek stopnie przyniosę, jestem w porządku. Czegokolwiek się nauczę i w jakimkolwiek tempie, jestem w porządku. Kto miał tak w domu? Ja nie, a wy? Kto tak miał? Jedna. Pokaż się, misiu. Przecież to rzadkość!
Dla zdrowych rodziców dziecko to miód-malina - czy ono krzywe, czy ma odstające uszy, piegi, czy ono chude, czy grube, ryże, czy matematyki ni w ząb nie rozumie. I tak jest po prostu cudem świata. Naszego świata, bo całego przecież nie musi. Ale ja was pytam - kto ma sam ze sobą na tyle dobrze, żeby móc tak traktować swoje dziecko? Żeby je tak traktować, trzeba najpierw traktować w ten sposób siebie. Żeby traktować tak siebie, trzeba mieć dobrych rodziców i kółko się zamyka. A my z takiego wychowania wychodzimy w świat i musimy sobie potem z tym radzić. Od razu pojawia się pytanie - co to znaczy „radzić sobie"? Największym zadaniem, jakie stoi przed nami, jest „dokochanie siebie", czyli wyrównanie tego, czego nie dostaliśmy od rodziców. Nikt nie wie lepiej od nas, czego potrzebujemy. Każda z nas jest na innym etapie tego „dokochiwania" siebie. Czasami nawet siebie nie lubimy. A czasami, co bardzo przykre, nawet siebie nienawidzimy. A im bardziej siebie nienawidzimy, tym bardziej nie chcemy się o tym dowiedzieć i żeby to jak najskrzętniej ukryć, idziemy w doktoraty, profesury, awanse, specjalizacje, dokształcanie i co tam jeszcze chcecie. Robię karierę, żeby udowodnić sobie i innym, a najbardziej rodzicom, że jestem w porządku, że jestem kimś. Paradoks polega na tym, że rodzice się rzeczywiście cieszą, a ich radość podtrzymuje moją postawę.
Chciałabym, żebyście były na kierowniczych stanowiskach. Nawet więcej, uważam, że bardzo się do tego nadajecie. Ale życzę wam, żeby te stanowiska były efektem waszej pasji i radości działania, a nie służyły do ukrycia wewnętrznej biedy. Bo wtedy ta mała, zamknięta w lochu, porzucona przez samą siebie dziewczynka przeżywa straszny głód. A im bardziej czuje, że nie jest ważna taka, jaka jest naprawdę, tym bardziej marzy o rycerzu, który przyjdzie, weźmie ją w ramiona i pokocha, i nareszcie zrozumie. Nareszcie!
To jest tak wielka potrzeba, tak wielkie wołanie, tak ogromny głód, takie napięcie, że gdy on się pojawi i powie: „Jesteś cudowna, podobasz mi się", to dziewczynka jakby znowu trafiła do brzucha mamusi. Nareszcie dla kogoś się liczy. Czuje się wtedy jak królowa, bogini, no po prostu Matka Boska i kochanica Francuza razem wzięte. Bo on świata poza nią nie widzi. Gdy ona się skrzywi, on jest nieszczęśliwy, a gdy się uśmiechnie, on jaśnieje. I ona myśli, że on już na zawsze do niej należy.
Od tego cudownego oszołomienia może się zacząć uzależnienie. Im mniej w nas poczucia, że jesteśmy kochane, fajne i takie jak trzeba, tym większą mamy dziurę do zapełnienia.
s. 20-22
Kinga: Małgosia, ty opowiadasz na okrągło te same historie - jak Tomek ci to czy Tomek ci tamto, czy mama ci to, czy mama ci tamto, słyszałam to setki razy, w kółko to samo.
Kasia: A powiedz, Kingo, dlaczego ciągle tego słuchasz? Ona ci płaci?
Kinga: No właśnie, taka dobra chciałabym być...
Kasia: Ano właśnie, bo jak jej sprawisz przykrość, to ona nie przyjdzie do ciebie i nie powie ci, jaka jesteś cudowna.
Kinga: Nie, chyba nie, nie.
Kasia: Misiu...
Kinga: Nie wiem, może... może coś w tym jest.
Kasia: Lepiej mieć przyjaźń nieprawdziwą, ale mieć? Lepiej mieć chłopa nieprawdziwego, ale mieć, lepiej mieć dom do dupy, ale mieć. To jest strach przed stratą, nawet jeśli traci się coś kiepskiego, i niewiara, że mogę mieć coś naprawdę wartościowego... Podejrzewam, Małgosiu i Kingo, że wasza relacja to bardziej sojusz niż przyjaźń. Nie chcę wam niczego zabierać ani mówić, żebyście się nie przyjaźniły - zobaczcie tylko, na czym się wasza więź opiera. Twoje pytanie, o komplementy, było bardzo ważne, Kingo. Nie ma przyjaźni opartej na komplementach. W każdym razie - nie wyłącznie na nich. Przyjaźń buduje się na rzeczach trudnych. Na prawdzie. Na ryzyku. Przyjaciel nie ma być kimś, kto mi kadzi. Mój partner przez lata próbował wymusić na mnie coś takiego: „Mam ciebie po to, żebyś mi tylko dobre rzeczy mówiła". Odpowiadałam: „Wiesz co, już miałeś parę takich panienek, które ci mówiły tylko dobre rzeczy. Jakżeś na tym wyszedł? Jak Zabłocki na mydle. Takim ludziom nie możesz ani wierzyć, ani ufać, ani się na nich oprzeć. W dodatku jeśli inni mówią rzeczy niedobre dlatego, że mają w tym interes, też na tym dobrze nie wyjdziesz. Ja ci mówię rzeczy niełatwe dla ciebie, bo cię widzę. To jest moje ryzyko, ja ciebie kocham, dlatego ci mówię prawdę". Co to za przyjaźń bez prawdy? Żadna przyjaźń. Więc popatrzcie dziewczynki, co sobie obie robicie.
Małgosia: Źle się czuję z tym, co mówisz...
Kasia: To przeze mnie jest ci teraz gorzej, nie? Pewnie, ja jestem bardzo wielu rzeczom winna. Bardzo się do tego nadaję, żeby przyczyniać się do wielu ludzkich nieszczęść. Bo jakbym ja ich nie nazwała, to by ich, kurwa, nie było?
Małgosia: Nie wiem, ale my się przyjaźnimy od dwudziestu lat.
Kasia: No dobrze, ale co to znaczy? Co to znaczy dla was, dziewczynki, że się przyjaźnicie?
Małgosia: Gadamy ze sobą, jesteśmy dla siebie miłe.
Kinga: To głównie ja ciebie słucham. Kiedy chcesz po raz kolejny powiedzieć znowu to samo.
Małgosia: Ale ty mi też opowiadasz.
Kinga: Tak, ale ty tego nie słyszysz. Słuchasz, ale nie słyszysz.
Kasia: Małgosiu, jak ci z tym, co mówi Kinga?
Małgosia: Nie wiem, ja uważam, że jej słucham.
Kinga: Nie słuchasz.
Kasia: To po co chodzisz tam, gdzie cię nie słuchają? Przestań chodzić. Zobacz, co sama sobie robisz. Wysłuchujesz opowieści Małgosi, a o sobie zapominasz.
Zyta: Do mnie też koleżanki dzwonią tylko wtedy, kiedy chcą się wyżalić, kiedy chcą na faceta czy męża nagadać, ewentualnie opowiedzieć, jak poszło w pracy...
Kasia: Powiem złośliwie, że to są TWOJE koleżanki. Moje do mnie z czymś takim nie dzwonią. To ty decydujesz, z kim jesteś w relacji, o czym rozmawiasz. Pomyśl, czy nie jest tak, że sama się obracasz tylko w tych dwóch tematach...
Zyta: Może, nie wiem.
Ewka: Jak do mnie dzwoni jakaś pinda i po raz siódmy mi mówi, że jakiś facet ją rzucił, to kurwica mnie łapie!
Kasia: A dlaczego pozwoliłaś jej aż siedem razy o tym opowiadać?
Ewka: Bo ona taka nieszczęśliwa, a ja nie chcę być pieprzoną egoistką.
Kasia: Tu cię boli.
Ewka: Boli, ale myślę, że coraz mniej... Nie wiem tylko, jak mam jej powiedzieć, że już mnie to zaczyna męczyć i że czuję się tak, jakbym niosła całe jej życie na sobie...
Kasia: Tak jej właśnie powiedz - że męczy cię i nie chcesz nieść całego jej życia na sobie. Całego nie niesiesz, ale sporym kawałkiem cię obciążyła.
Ewka: Wtedy ta znajomość pewnie się skończy.
Kasia: A będzie ci jej brakowało?
Ewka: Nie wiem.
Kasia: Ok. To powiedz, co masz z tej znajomości?
Ewka: Kiedyś wspólnotę cierpienia, bo ja też nieraz byłam w kompletnej dupie.
Kasia: I mogłaś jej o tym opowiedzieć?
Ewka: Czasem tak, ale nie tak często, jak ona mnie.
Kasia: Jakoś mnie to nie dziwi.
Ewka: Chociaż muszę sprawiedliwie powiedzieć, że kilka razy mi pomogła.
Kasia: Co to znaczy pomogła?
Ewka: Mogłam ją bez ogródek poprosić o przysługę. Miałyśmy też kilka naprawdę fajnych rozmów.
Kasia: Kiedy odbyła się ostatnia z nich?
Ewka: Taka prawdziwa - jakieś trzy lata temu, ale ostatnio to ja wysłuchuję o jej życiu i zaczęło mnie to wkurzać.
Kasia: Czyli ty już od trzech lat nie labiedzisz?
Ewka: Właściwie tak.
Kasia: Rozeszły się paniom drogi.
Ewka: I co z tym fantem zrobić?
Kasia: Kogo się pytasz?
Ewka: No, ciebie.
Kasia: Zakręć się trzy razy w lewo, potem dwa razy w prawo, potem cztery w lewo i jeszcze trzy w prawo. Nie wiesz dalej?
Ewka: Trochę mnie chyba w wała robisz.
Kasia: Kto kogo?!
Ewka: Ale ja naprawdę nie wiem, bo mam takie poczucie, że jeśli znajomość trwa tyle lat, to ja nie mogę jej tak odrzucić. Wołałabym, żeby ewoluowała w innym kierunku.
Kasia: Znajomość czy ona?
Ewka: Znajomość.
Kasia: Ale jeśli ona nie będzie się rozwijała, to jak znajomość może ewoluować? No zastanów się. Pewnie dlatego wysłuchujesz jej tak cierpliwie przez lata - z nadzieją, że w końcu przestanie się skarżyć i pójdzie drogą podobną do twojej.
Ewka: Miałam nadzieję na to raz, w momencie, kiedy facet przestał na chwilę być jej pępkiem wszechświata. Wkurza mnie, że to on jest zawsze w centrum i nie ma miejsca na inną relację. Koleżanki są takimi satelitami, które oklaskują związek albo przydają się, kiedy związek się rozpada.
Kasia: Czyli czujesz bardzo silnie, że nie jesteście w prawdziwej relacji?
Ewka: Tak, nie ma między nami naturalności, żartów. Jest, w zasadzie, rywalizacja...
Kasia: Odkryłaś to teraz?
Ewka: Tak... Jest chwalenie się facetem, osiągnięciami, dziećmi, jogą...
Kasia: Z jej strony czy z twojej?
Ewka: Ona zaczyna, a ja się daję w to wciągnąć. Potem jestem zła, bo na co mi to?
Kasia: Idziesz za nią? Nie idziesz swoją drogą?
Ewka: Gram w grę, której nie cierpię. Szkoda mi na nią czasu, ale gram, a grając, wściekam się.
Kasia: Co stracisz, gdy ta znajomość się skończy?
Ewka: Kiedyś powiedziałabym: bliskość...
Kasia: Teraz już wiesz, że to nie jest bliskość. Kiedyś pewnie sama byłaś bardziej rywalizacyjna, bardziej cierpiąca, bardziej urazowa. To was łączyło.
Ewka: To była walka, żeby udowodnić coś światu, że potrafię, że umiem, że jestem dobra w tym, co robię, i że radzę sobie na każdym polu, zawodowym, finansowym... że jestem silna...
Kasia: Tak silna, że w relacji osobistej też wszystko wytrzymasz... Gdzie tu sens, po co to wytrzymywać... To tak, jakby powiedzieć: „Nosiłam ten płaszcz trzydzieści lat i nie mogę go wyrzucić". Oczywiście, człowiek nie jest płaszczem, ale typ relacji może być czymś takim. Tobie ten typ relacji się zużył.
s. 58-63
Kasia: Ach, te randki, które są jednocześnie cudem i udręką, kiedy oboje jesteśmy napaleni i role zostały jasno określone: on napiera i pcha się z rękami, gdzie tylko może, rozogniony, chce zdobyć jak największy teren i jest zły na nią, że się ciągle broni. Ona chciałaby zaznać jak najwięcej przyjemności z tego, że on jej pragnie i ją dotyka, ale nie może się temu poddać, bo musi pilnować, żeby on nie włożył jej ręki w biustonosz ani do majtek.
Ewka: Normalna rzecz.
Kasia: Nie chodzi o to, żeby się łudzić, że chłopcy nie będą napierać, a dziewczynki nie będą przesuwać tych rąk tylko po to, żeby uniknąć napięcia - bo nie wolno mi się dalej posunąć, bo już sam fakt, że się całuję, przytulam, pozwalam pieścić moje piersi, wywołuje we mnie lęk, wstyd, poczucie winy i obawę przed potępieniem. Rzecz w tym, żeby to miało walor gry seksualnej, żeby było wyborem wewnętrznym pod tytułem: „Jeszcze nie wiem, jak daleko chcę się dziś z tobą posunąć". Bardzo często, żeby nie czuć tych ciężkich uczuć, dziewczyny wychodzą za mąż za pierwszego faceta, którego spotkały i przy którym zaczęły coś takiego przeżywać. Jest to, myślę, kolejny powód szybkich małżeństw obok chęci wydostania się z domu rodzinnego. Niektóre z nas, szczególnie te z pobożnych i tradycyjnych rodzin, nie mogą unieść tej mieszanki myśli i uczuć wokół seksu, który jednocześnie i pociąga, i tak bardzo przestrasza. Więc jak się wydadzą, to już będzie wolno. Zyskują wtedy spokój, ale nie zyskują doświadczenia i nie przechodzą procesu uwalniania się i dojrzewania jako kobieta, co z kolei stanowi jeden z powodów tego, że małżeństwa są tak seksualnie nieudane. Znam bardzo dużo kobiet, które miały tylko jednego mężczyznę i nie przeszły z nim drogi do coraz pełniejszego seksu. Zaczęli jako osoby niedojrzałe, które nie bardzo potrafiły pomóc sobie wzajemnie, i teraz, po latach małżeństwa, czują się niezadowoleni, niezaspokojeni, znużeni, mają pretensje do siebie samych i partnera. Czasem zostają w tym stanie do końca życia. Czasem szukają przygód. Czasem te przygody ich otwierają i uczą czegoś nowego. A czasem stają się powodem rozstania, po którym obie strony pozostają z niesmakiem i poczuciem ogromnego zawodu co do życia i co do seksu.
Zosia: A we mnie zaczyna się rodzić jakaś dziwna tęsknota. Chcę popróbować różnych rzeczy... Chcę doświadczyć... Bo przecież życie płynie, a ja nic o tym seksie nie wiem. Chcę się kochać na łące albo w piwnicy, a mój mąż jakby ogłuchł...
Kasia: To trzeba go uwieść. Ty jesteś w tej chwili rozkręcona. Aż kipisz. Zaufaj swojej mocy sprawczej. Zwab go do tej piwnicy. Przygotuj wcześniej w miarę godne posłanko, bo chłop się może nie chcieć opierać o beton. Sprowadź go tam jakoś, rozochoć... A jeśli czujesz, że on tego od razu nie zrobi, stwórz atmosferę, jakbyś nic od niego nie chciała, tylko go podkręcaj takimi małymi przymilnościami, co to przysuwasz się i odsuwasz, i już cię nie ma. Ale warto pamiętać, że kiedy on powie: „No co ty, zwariowałaś!", nie możesz się obrażać i czuć odrzucona. Sprawdź, czy cię na to stać, bo całą masę takich możliwości szlag może trafić, jeśli zaczynamy interpretować jego opór, jego wstyd, jego nieśmiałość jako coś przeciwko nam. Czy to jest jasne?
Zosia: Tak...
Kasia: Możesz pomalutku eskalować działania i będziesz widziała, jak to na niego wpływa. Najfajniej byłoby, gdyby on zaczął odpowiadać na te małe zaczepki, na przykład: ty go głaszczesz po plecach, gdy on zmywa - bo mam nadzieję, że on też zmywa - a on cię, na przykład, cmoka w policzek. To znaczy, że już zaczęło działać. Nie ściągaj go do tej piwnicy, dopóki nie zobaczysz, że zaczyna działać. Może się zacznie rumienić, może poczujesz, że fuka na ciebie w inny niż wcześniej sposób, znasz go przecież i już wiesz, kiedy jest zły, a kiedy tylko udaje naburmuszonego. Dobrze czujesz, o co chodzi.
Zosia: Zaczyna mi się to podobać, chociaż znając mojego męża, będzie trudno...
Kasia: Powiedz sobie, że im trudniej, tym zabawniej. Jak nie na niego, to przyda ci się ta umiejętność na innego. Rozumiecie, o co tu chodzi?
Krysia: No żeby tak nie czekać, tylko w końcu działać, jeśli się czegoś chce.
Kinga: A najśmieszniej jest, kiedy jedno ma jakieś pragnienia i drugie ma jakieś pragnienia, ale oboje siedzą zamknięci w swoich jaskiniach i żadne o tych pragnieniach nie powie. A jakby sobie o nich powiedzieli, mogłoby się okazać, że chcą tego samego. I tyle lat na to siedzenie w jaskiniach marnują.
Kasia: Brawo, Kinga, coraz wnikliwiej to widzisz. Mówisz o sobie i mężu?
Kinga: Jasne.
Kasia: To teraz cię jeszcze namawiam, żebyś mówiła bardziej wprost, bo bardzo fajnie zbliżasz się do sedna.
Kinga: Dotarło do mnie, że on też ze mną zbyt fajnie nie ma. I pierwszy raz z jakąś tkliwością o nim pomyślałam. Że on tak pracuje, pracuje... Jego też nikt nie pochwali, nie dotknie, nie pocałuje.
Kasia: Alleluja! Kinga, jesteś wielka!
s. 95-98
Krysia: Mnie moja starsza córka powiedziała: „Mamuś, ty już nie płacz, mnie twoje łzy nie wzruszają".
Kasia: Ucałuj od nas swoją córeczkę. Mądra dziewczyna.
Krysia: Ona mówi tak: „Mamo, niech wasze sprawy pozostaną między tobą a ojcem". Zamyka się w pokoju i siedzi tam sama.
Kasia: Krysiu, co czułaś, kiedy pierwszy raz usłyszałaś: „Mamo, mnie twoje łzy nie wzruszają"?
Krysia: Straszny żal.
Kasia: Najpierw żal... tak...
Krysia: Tak się rozpłakałam, że normalnie nie wiedziałam, co ze sobą zrobić...
Kasia: To był cios, prawda?
Krysia: Tak. Że moja własna córka nie wysłuchała, co mam jej do powiedzenia... Tylko odpowiedziała mi w taki sposób. Ale później powoli, powoli, zaczynałam analizować...
Kasia: Jesteś genialna.
Krysia: Ona ma rację, pomyślałam. Co mi to daje, że ja ciągle płaczę?
Kasia: Przede wszystkim, płacz pomaga ci jakoś odreagować i przynosi ulgę. Ale rzeczywiście, skoro na tym poprzestajesz i nie szukasz innych rozwiązań, to nie rozwijasz się, nie zmieniasz. Zamykasz się w bezsilności. Cenne jest, że przyznajesz córce rację, bo to może zmienić relację między wami.
Kiedy ty uznasz ją za dorosłą i zaczniesz szanować, ona przestanie działać jak małe, broniące się dziecko. Ciągle płacząc, wzbudzasz w niej poczucie winy, nawet jeśli ona nie chce go przyjmować. Jesteś nieszczęśliwą mamusią, którą ona musi albo dźwigać na barkach, albo z nich strząsać, co boli was obie.
Na razie, w twoim odczuciu, wszystkiemu jest winien mąż, bo pije, bo zamyka przed tobą drzwi, bo cię obraża. Twoje symboliczne miejsce znajduje się przed drzwiami twojego własnego domu, i to ON ma cię tam wpuścić, nie wejdziesz sama, aby zająć swoją przestrzeń. Kiedy zaczniesz dopuszczać do siebie nowe rozwiązania, weźmiesz za SIEBIE odpowiedzialność, wtedy ulżysz i sobie, i córce. A także, o dziwo, mężowi. Przestaniesz go prowokować do bycia oprawcą swoją postawą ofiary...
Krysia: Muszę też przestać mówić jej, co ma robić. Ona przecież jest już po studiach i już dorosła.
Kasia: A usłyszała od ciebie, że uważasz ją za dorosłą? Bo ośmielam się przypuszczać, że nie...
Krysia: Tak wprost, to nie...
Melania: O Jezu, a moja mi powiedziała! Myślałam, że kpi ze mnie, ale nie. Przekonała mnie... powiedziała, że jej to trudno przyszło... i ja jej uwierzyłam, i tak dobrze się poczułam...
Kasia: Słyszysz, Krysiu, jak to działa? Powtarzaj sobie, że masz już dorosłe dziecko i że sama jesteś już dużą dziewczynką. Teraz jest moment na spotkanie dwóch dorosłych osób - jej dorosłej i ciebie dorosłej. A pijany mąż i tatuś będzie w zupełnie innej sytuacji wobec dwóch dorosłych kobiet, które przestaną płakać, obrażać się, bać go, a zaczną podejmować decyzje. Przyjmij, że twoja córka cię przerosła. To jest największe zwycięstwo rodzica. Ona już nie chce grać w twoje gry, a ty swoim płaczem próbujesz przytrzymywać was obie w starej relacji, relacji dwóch ofiar, z których ty jesteś większą...
Małgosia: Moje dzieci, kiedy im mówię o mężu, że jakieś kłopoty są czy coś, odpowiadają: „Wiedziałaś, co robisz". I nie ma w ogóle tematu.
Kasia: Fajnie, ale przy obiedzie mówiłaś, że dzwonią do ciebie co cztery dni.
Małgosia: Ja myślę, że to jest z takiej...
Kasia: Chciałaś powiedzieć - troski?
Małgosia: No... Czy ja jeszcze żyję...
Kasia: A co niby miałoby ci się stać? Gdybyś miała wypadek, to ktoś by do nich zadzwonił. Oni się o ciebie boją, a tobie to odpowiada. I to oznacza, że ty ich trzymasz w pułapce.
Piękna, młoda, pięćdziesięcioletnia kobieta to nie jest stara, schorowana matka. To człowiek, który ma wszystko przed sobą i jeszcze może pokazać swoim dzieciom, jak żyć. Właśnie do tego możemy się przydać swoim dzieciom jako dorośli. Żeby pokazać im, co można robić w trzydziestym, czterdziestym, pięćdziesiątym, sześćdziesiątym, siedemdziesiątym roku życia. A można się uczyć nowych rzeczy, można się zmieniać, można coraz bardziej bawić się i cieszyć. Wtedy oni będą mieli z nas ogromny pożytek. A tak? Po co oni mają się bać o ciebie? Przecież to im zabiera energię. A tobie co daje?
Małgosia: Jeśli ja nie zadzwonię w ciągu dnia do swojej mamy...
Kasia: To co?
Małgosia: Wtedy ona ma pretensje: „Jak to?! Nie interesujesz się swoją matką?" Ja, mimo że nie chcę, przekładam to na swoje relacje z synami...
Kasia: No tak, bo skoro ty jej ulegasz, niech oni tobie też ulegają. Co to, niesprawiedliwie ma być?
Małgosia: Ona mnie pyta: „Dzwonił Darek?", a ja mówię: „Nie dzwonił"... „No patrz, nie odzywał się... a Julek?"
Kasia: To macie o czym rozmawiać, bo inaczej co by panie miały sobie do powiedzenia? Arcyciekawe życie. Kontrola.
Małgosia: To chyba normalne, że dzwonią...
Kasia: Wiecie co, poczytajcie Muminki. Mama Muminka pyta: „Idziecie na wyprawę? A kiedy wrócicie?" „Jak wrócimy". „A, to dobrze. To idźcie. Zaraz wam dam soku malinowego na drogę. Bawcie się dobrze". Długo ich nie ma, a później wracają i opowiadają: „Mamuś, ale potwora spotkaliśmy". „Ojej, i daliście sobie radę?" To nie jest mamusia, która by załamała ręce i powiedziała: „Boże, mógł was zabić, po co wyście tam poszli?" To jest matka, która uczy wiary w siebie, i takich nam trzeba jak najwięcej. Gdyby mówiła: „Tak długo... tak daleko... przecież coś wam się stanie..." - to co by robiła?
Melania: Wzbudzałaby w nas poczucie winy.
Magda: Budziłaby wątpliwości.
Kasia: Zabierałaby siłę. Straszyła. Nie wierzyłaby w nas i mówiła nie wprost: „Tak naprawdę to ty jesteś dupa, bo sobie nie poradzisz. A jeszcze i mnie umęczysz".
s. 104-107
Kasia: Pomyślcie, dziewczynki, każda dla siebie - za co można was kochać? Za co można kochać każdą z was?
Jola: Ja mam więcej siły, niż myślałam. Dawno nie mówiłam tego na głos i teraz dopiero mówię: sama świadomość tego, że żyję, widzę kolory, słyszę dźwięki, jest podstawą do tego, by móc wyjść z każdej sytuacji. Nie muszę się od razu wieszać. I za to, za tę siłę, też można mnie kochać.
Kasia: Masz bazę, która się nie wyczerpie. Jak ci z tym?
Jola: Spokojnie. Czuję radość, stabilizację, harmonię, bezpieczeństwo.
Kasia: Uczmy się nazywać uczucia, bo jest ich w nas naprawdę bardzo dużo. A my mówimy tylko dobrze, źle, dobrze, źle. Pozbywamy się w ten sposób bogactwa. Krysiu, za co ciebie można kochać?
Krysia: Pierwszy raz mogę komuś otwarcie powiedzieć, za co można mnie kochać, bo do tej pory słyszałam tylko, że jestem taka i owaka, i człowiek się nad tym nie zastanawiał; a nawet jakbym komuś powiedziała, tobym usłyszała, że to, co robię, jest moim obowiązkiem. Taką ulgę czuję, że ktoś mnie słucha od początku do końca, nie przerywając, nie oceniając, czy w ogóle jest mnie za co kochać.
Kasia: Jest za co. Rewelacyjnie, że uczysz się cieszyć. Jesteś młoda, otwarta, ciekawa. Jesteś cudo, powiedz to sobie: „Jestem cudo".
Krysia: Jestem cudo.
Kasia: Powiem wam, łatwo jest kochać siebie, gdy się odnosi wielkie sukcesy i wszystko wychodzi. Ale jest wielką sztuką, i wielką miłością, kochać siebie dlatego, że czegoś nie umiem, że coś przekraczam, że jestem jeszcze nie całkiem swoja. Wtedy właśnie najbardziej jest nam potrzebne wsparcie z własnego wnętrza.
Kiedy wychodzimy z czegoś, co jest niejasne, ciężkie, kiedy trzeba coś wypuścić, przekroczyć, darować sobie, to właśnie wtedy potrzeba nam najwięcej uwagi, życzliwości, wsparcia od tej części nas, która może to dać. Brawo, Krysia! Co jeszcze się komu pojawiło?
Gośka: Myślę, że dzięki tej zmianie, która nastąpiła - bo kiedyś byłam inna, bardziej nastawiona na realizację celów, teraz zwolniłam - cel wciąż jest ważny, ale nie muszę go osiągnąć tak szybko. Teraz weszłam w kontakt sama ze sobą i dzięki temu mogę budować relacje z innymi.
Kasia: Wykształcasz w sobie empatię.
Gośka: Ale wciąż jestem asertywna.
Kasia: Kochana, asertywności nie stracisz, broń Boże!
Gośka: Tak, mam w sobie asertywność!
Kasia: I właśnie za to można cię kochać.
Gośka: A o tym nie pomyślałam...
Kasia: A wiecie, jak ja cieniutko chlebek kroję? Za to też można mnie kochać. Zobaczcie, że nie przychodzą wam do głowy takie pierdoły.
Zosia: Bo to takie oczywiste.
Kasia: Co oczywiste? Wszystko trzeba sobie mówić. Zobacz Gosiu, jak powiesz, że jesteś asertywna, to znaczy, że można ci ufać - bo jeżeli powiesz, że ci coś przeszkadza, to tak jest. Kiedy pytamy kogoś: „Czy ja pani nie przeszkadzam?", a ten ktoś odpowiada: „Nie, nie, ależ skąd!", a widać po człowieku, że myśli: „O, znowu ta pinda przyszła", to koszmar, jak z takim człowiekiem żyć, przecież my czujemy, że coś jest nie tak. A jeśli ktoś powie: „Wie pani, teraz nie bardzo, jestem zajęta, to nie jest dobry moment", a następnego dnia mówi: „Proszę bardzo" - wiem, że jego przyzwolenie jest prawdziwe. Taka postawa ogromnie ułatwia relację. Zyta, a ty?
Zyta: Ja chyba za mało się udzielam. Ale to jest właśnie mój problem, że nie umiem mówić o uczuciach, i dlatego tu jestem.
Kasia: A w jaki sposób zamierzasz to zmienić, skoro nic w tej sprawie nie robisz?
Zyta: No tak.
Kasia: Pamiętaj, od czego trzeba zacząć, żeby pojechać do Rzymu.
Zyta: Pamiętam. Powiem, za co mnie można kochać.
Kasia: Brawo. To ciekawe...
Zyta: Za to, że każdą porażkę zamieniam w sukces, że nie przejmuję się nią, tylko traktuję jako doświadczenie. Za to, że jestem uparta, jak mnie wyrzucą drzwiami, wejdę kominem.
Kasia: Mniam, wspaniałe cechy.
Zyta: Za to, że można na mnie polegać.
Kasia: A sama na sobie możesz polegać?
Zyta: Chyba bardziej inni na mnie, niż ja na sobie.
Kasia: Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego inni dostają ciebie więcej niż ty sama? Komu jesteś bardziej potrzebna? To ważne pytanie. Komu jestem najbardziej potrzebna? Jasne, kiedy są małe dzieci, to im jestem bardzo potrzebna, ale jestem im potrzebna JA - PEWNA SIEBIE, ja, która sobie ufa, która przy tych dzieciach czuje się swobodnie. Taka mama jest potrzebna.
Melania: Przyszło mi do głowy, że nawet w samolotach maskę najpierw nakłada matka.
Kasia: Brawo, świetny przykład. Można się z niego wiele nauczyć. Kiedy zdarzy się katastrofa, najpierw muszę ratować siebie, bo niby kto będzie ratował dziecko?
Kinga: Ja się nad tym zastanawiałam. Czy mogłabym najpierw sobie to nałożyć, a potem córce. Nie wiem, nie wiem.
Kasia: To się do tego przekonaj, bo ci się może przydać. Niekoniecznie w samolocie, ale w życiu na pewno. Najpierw ty musisz stać na nogach, żeby dziecko miało w tobie oparcie. Dzieciom potrzebni są rodzice zdrowi, szczęśliwi i spokojni, którzy nie załatwiają swoich spraw na nich.
Zosia: A ja cały czas, mimo że się bardzo staram, wciąż siebie nie lubię.
Kasia: Wyobraź sobie: siedzi dziesięć kobiet i dziewięć z nich mówi, że cię lubi, a jedna, że nie. O kim potem myślisz?
Zosia: No jasne, że o tej jednej!
Kasia: To jest bardzo dobry sprawdzian tego, co TY wybierasz. Ty siebie nie lubisz, więc zakładasz, że te dziewięć osób cię oszukuje. Przecież ciebie nie ma za co lubić... Skoro ktoś cię lubi, to jest głupi. Idiota, dał się nabrać. Jeśli siebie nie cenisz, to także ten, który cię kocha, nie jest cenny; jeśli siebie nie lubisz, to ten, który cię lubi, to dupek. Przecież jakby był fajny, to by sobie mógł wybrać tyle fajniejszych.
I zobacz, co z tego masz. Skupiasz się obsesyjnie na kimś, kto cię nie chce, a te dziewięć przyjaznych ci osób lekceważysz. Myślisz, że tego nie czują? Czują i będą się powoli oddalać. Możesz stracić to, co masz.
Smutne jest to, że najprawdopodobniej i tak tego nie zauważasz. Od siebie ci powiem, że kiedy okazuję komuś sympatię i uwagę, a on tego nie dostrzega, nie cieszy się i nie zbliża do mnie - ja odchodzę.
Zosia: To smutne, co mówisz...
Kasia: Cieszę się, Zosiu, że czujesz ten smutek...
Zosia: Bo tak patrzę w to swoje życie i ty masz rację...
Kasia: W czym mam rację?
Zosia: Że ja tracę ludzi...
Kasia: Uszanuj i to odkrycie, i ten smutek. Możesz z tym chwilę pobyć?
(Zosia płacze)
Kasia: Czy mogę do ciebie mówić, kiedy płaczesz, czy masz może jakieś obrazy, wspomnienia? Albo wolisz pozostać w ciszy?
Zosia: Wolę, żebyś do mnie mówiła.
Kasia: Będę mówiła powoli, a ty słuchaj uważnie, bo masz szansę przekroczyć teraz ważny próg. Możesz naprawdę zrozumieć, że nie opłaca ci się nie lubić siebie. Nikt ci tego nie wynagrodzi. Nikt twojej pustki nie wypełni. Starając się, żeby cię wszyscy lubili, będziesz się wiecznie zajmowała tymi, którzy cię nie lubią, tą jedną z dziesiątki, i traciła tych, którzy cię mogą lubić. Będziesz takim dzbanem z wielką dziurą w dnie; będziesz do niego nalewała, nalewała, a z niego wszystko i tak wyleci.
Lubić siebie to poczuć, że ten dzban to twój pełny brzuszek, w którym chlupocze ciepło i przyjaźnie jakaś twoja własna, niepowtarzalna piosenka. Twoja muzyka. Twoje ciepło. Twoja energia, która na co dzień daje ci wsparcie w różnych okolicznościach.
Z żebraka możesz stać się posiadaczką. Spokojną, bez oczekiwań, przyjmującą to, co się dzieje, jako takie, jakie ma być. Kiedy czujesz, że chcesz walczyć, to walczysz, kiedy czujesz, że cię nie obchodzi - odchodzisz, kiedy masz ochotę spać, śpisz.
Zosia: Brzmi to bardzo pięknie, ale jak się to robi?
s. 129-134
Katarzyna Miller w Radiu Dla Ciebie
31 marca 2010
audycja na stronach www.rdc.pl
Katarzyna Miller: bez kryzysów nie ma życia
16 marca 2010
recenzja na stronach ksiazki.wp.pl
Brak recenzji
Brak zdjęć w galerii


Dodaj do Listy życzeń
Jak kupować?
Prześlij znajomemu
Wydrukuj stronę

















