Strona główna Mapa stronyWydaj u nas Zaloguj się do księgarni Twój koszyk: 0



Wabiki - literatura dla dzieci,
seria: z kotem

premiera: styczeń 2010
wydanie: I
gatunek: powieść
oprawa: miękka
format: 12,3 x 19,5 cm
liczba stron: 224
ilustracje: Olga Reszelska
ISBN 978-83-7414-726-2

UWAGA: 50 groszy z każdego sprzedanego egzemplarza przekazujemy na Schronisko dla Zwierząt „Przytulisko" w Chojnicach!

Teoś Kefirek to nieprzeciętny rozrabiaka, niesamowity gaduła i początkujący detektyw. Przyjaźni się z zawsze grzecznym Dominiczkiem, którego wszystkie mamy dają swoim synom za przykład do naśladowania. Co można zrobić z takim nieznośnym przyjacielem? Trzeba zaprosić go do udziału w przygodzie! A nadarza się świetna okazja: ze szkolnej pracowni biologicznej zaniknął szkielet Tadziczek. Pierwszym tropem jest pozostawiony przez złodzieja list o treści: SIĘ ZNAJDZIE W PIĄTEK. Chłopcy prowadzą dochodzenie, a wcale nie jest to łatwe, gdy rodzice i nauczyciele pilnie obserwują naszych bohaterów, a w drogę wchodzą im młodszy nieznośny brat i starsza zakochana siostra. Odważni detektywi spotkają groźnych przestępców i prawdziwych policjantów, ale czy uda im się odnaleźć Tadziczka?
Skomplikowana zagadka, niezwykła przygoda i duża dawka humoru - Detektyw Kefirek na tropie kościotrupa to zabawna i pouczająca powieść z nieprzeciętnymi bohaterami i zawiłą intrygą.

Zadzwoniłem do szkoły dla detektywów i spytałem, czy trup jest konieczny. Przy okazji powiedziałem, że marzę, by zostać detektywem, nawet rozwiązałem parę zagadek, ale to były tylko zgubione klucze, skradzione róże, zaginiony kot. Żaden trup jeszcze mi się nie trafił. A kot właściwie sam się znalazł.
fragment

Patroni medialni
Fragment

I
Poniedziałek
Serię niezrozumiałych wypadków, które rozegrały się w naszej szkole, zapoczątkowało zniknięcie kościotrupa z sali biologicznej.
Wiem, że to tylko kościotrup, a wy czekacie na trupa. Przecież w książkach detektywistycznych na samym początku powinien być trup. Przeczytałem wszystkie książki o detektywach, jakie były w szkolnej bibliotece, i znalazłem w nich wiele trupów. Trochę mnie to zmartwiło. Zadzwoniłem do szkoły dla detektywów i spytałem, czy trup jest zawsze konieczny. Przy okazji powiedziałem, że marzę, by zostać detektywem. Rozwiązałem nawet kilka zagadek kryminalnych, ale były to tylko zgubione klucze, skradzione róże, zaginiony kot. Żaden trup jeszcze mi się nie trafił, a kot właściwie sam się znalazł. Bo to było tak: szedłem prze...
Pani, która odebrała telefon w szkole dla detektywów, przerwała mi w pół słowa.
- Jakie masz oceny z chemii? - spytała.
Z pewnością chciała mnie zaskoczyć, ale zapomniała, że w podstawówce nie ma chemii, więc nie zbiła mnie z tropu.
- Jeszcze nie mam chemii.
Dobrze, że nie spytała o matematykę, bo z matematyki niestety nie mam najlepszych ocen. Ale to dziwny przedmiot, człowiek liczy i liczy, a potem zawsze wychodzi błędny wynik.
Pani stwierdziła, że skoro jestem taki młody, to jeszcze wszystko przede mną: i chemia, i szkoła dla detektywów, i trup. Dodała również, że nie każdy detektyw zaczynał karierę od trupa. Na własnego trupa trzeba sobie zapracować. Na samym początku trafiają się drobne sprawy i też należy się z tego cieszyć.
W moim przypadku na samym początku był kościotrup, co nie znaczy, że rozwikłanie tajemnicy jego zaginięcia nie przysporzyło mi kłopotów. Później doszła do tego jeszcze znikająca kiełbasa, która w niezrozumiały sposób ulatniała się z naszej lodówki, a wreszcie wpadliśmy w takie tarapaty, że przestałem rozumieć, kto kogo tropi i dlaczego. Dopiero na samym końcu układanka (czyli ciąg wydarzeń związanych z kościotrupem, i nie tylko) okazała się prostsza, niż myślałem, ale każda zagadka już po rozwiązaniu wydaje się prosta. Gorzej jest przed. Wtedy zazwyczaj nic nie wiadomo, a wszystko, co zgromadził detektyw, wygląda jak obłęd w ciapki.
Strasznie mi się to powiedzenie podoba: obłęd w ciapki. Wzięło się stąd, że nasza szkoła przeszła remont i została pomalowana na wesoło: na pomarańczowo, czerwono, zielono, niebiesko i różowo. A nasza sąsiadka, pani Kasandra, która tak naprawdę nazywa się Krystyna (i jest dyplomowaną wróżką!), powiedziała, że szkoła wygląda jak „obłęd w ciapki". Moja mama kiedyś zrobiła sobie taki obłęd w ciapki na głowie, ale nie uprzedziła taty, więc jej nie poznał. Traf chciał (Kasandra powiedziałaby, że przeznaczenie chciało), że spotkali się akurat wtedy, gdy mama wracała od fryzjera. Tata nawet nie zatrzymał samochodu, a co gorsza wjechał w kałużę i ochlapał mamę. Po tym incydencie cała wyglądała jak obłęd w ciapki. Chyba lepiej nie powtarzać, co powiedziała tacie...
Aha, moi rodzice nie mają nic wspólnego z wydarzeniami w szkole, więc niepotrzebnie o nich wspomniałem. W każdym razie mam dwoje rodziców i kilku sąsiadów. Przez ulicę mieszka Bartek i jego starszy brat Jasiek, który chodzi do naszej szkoły, ale nie do mojej klasy, tylko do VIc. I to tyle. Nasza ulica nazywa się Krótka, a ulicę równoległą do niej nazwano Długą, chociaż obie są tej samej długości. Obłęd w ciapki, no nie?
Teraz wrócę do tajemniczych wydarzeń w szkole.
W poniedziałek na pierwszej lekcji miała być matematyka, więc od rana czułem coś nieprzyjemnego w żołądku. Nie wiem, jak na was działa matematyka, bo na mnie przeczyszczająco. W dodatku dręczyła mnie zagadka: gdzie są moje ćwiczenia? I dręczyło mnie jeszcze pytanie: czy matematyk, zwany Zygzakiem, zrozumie, że uczeń nie może odrobić lekcji, kiedy zginą mu ćwiczenia?
Nie zrozumie - ledwo zdążyłem sobie odpowiedzieć, wpadłem na Zygzaka.
- Dzień dobry! - powiedziałem przytomnie mimo bólu brzucha.
- Apel! - Zygzak wskazał w głąb korytarza, który prowadził na salę gimnastyczną.
Je! Je! Je! - chciałem zaśpiewać ze szczęścia, ale w porę ugryzłem się w język.
Jakiś cud sprawił (może Kasandra dała mi wsparcie?), że matematyka nie odbędzie się, a ja uniknę kłopotów.
Poleciałem na salę gimnastyczną jak na skrzydłach. Byłem tak szczęśliwy, że usiadłem w pierwszym rzędzie. A co mi tam, tylko ci, którzy mają coś na sumieniu, kryją się za plecami innych. Ja miałem czyste sumienie, nie musiałem zmyślać w sprawie pracy domowej, więc mogłem patrzeć w oczy wszystkim nauczycielom świata. Na mojej twarzy malowała się wyłącznie niewinność. Z całą pewnością!
Gdybym wiedział, że niewinność nie zostanie doceniona, nie usiadłbym na wprost dyrektora. No cóż, nie jestem dyplomowaną wróżką, tylko początkującym detektywem, a to w końcu nie to samo.
Usiadłem obok zawsze grzecznego Dominiczka i rozpoczął się apel.
- W naszej szkole dokonano kradzieży! Zuchwałej kradzieży! - grzmiał dyrektor.
Zaraz, zaraz, mimo wszystko powinienem wam przedstawić zawsze grzecznego Dominiczka, ponieważ w znacznym stopniu przyczynił się on do rozwikłania, a raczej zawikłania sprawy o kryptonimie „NARZECZONY", której centralną postacią jest kościotrup, ale o tym później.
Nasza współpraca, moja i Dominiczka, trwa od pierwszej klasy szkoły podstawowej, kiedy to posadzono nas razem. Od tamtej pory każdą klasę rozpoczynamy od siedzenia w jednej ławce, i w każdej klasie, zazwyczaj w połowie roku, rozsadzają nas do odległych rzędów. Początkowo nie lubiłem Dominiczka, bo kiedy do nas przychodził, mama mówiła: „Widzisz, Teosiu, jaki Dominiczek jest grzeczny", i zaraz potem smutniała.
Od tego czasu nie lubię grzecznych. Pomyślałem sobie, że albo ja przerobię Dominiczka, albo mama przerobi mnie na jego wzór. Postanowiłem możliwie szybko sprowadzić go na złą drogę. Sukces w tej dziedzinie odniosłem już w pierwszej klasie, kiedy to namówiłem go, by zasadził kwiatki w kapeluszu wujka Tomka. Dominiczek nie tylko nasypał piachu do kapelusza, nie tylko wetknął w piasek kwiatki, on je jeszcze podlał! Wprawdzie tłumaczyłem mu, że nie jest to konieczne, ale uparł się, bo z natury jest bardzo dokładny.
Obłęd w ciapki, no nie?
Nie będę powtarzał, co powiedział wujek, bo nie pamiętam. Pytałem mamę, która była świadkiem tego wydarzenia. Zbyła mnie jednak, sugerując, żebym raz w życiu się nie dopytywał (dla własnego dobra).
A Dominik jest super, chociaż mało mówi, czasem czyta w moich myślach i ukradł mi pomysł na życie. Też chce zostać detektywem!
Pewnie czekacie, aż przejdę do sedna sprawy. Moja mama bardzo często żąda ode mnie czegoś takiego. Pyta na przykład: „Kto wybił szybę w garażu?". Ja jej na to, zresztą zgodnie z prawdą: „Piłka. Siatkowa. W czarne pasy. Trochę pogryziona przez Olusia (Oluś to pies sąsiadki Kasandry), ale jeszcze całkiem...". A mama: „Od razu przejdź do sedna sprawy i powiedz, kto rzucił piłką w okno!".
No obłęd w ciapki! Skąd od razu mogę wiedzieć, kto rzucił piłką, przecież najpierw należy przeprowadzić wnikliwe śledztwo. I przecież to, jaka była piłka, może okazać się najważniejsze.
A teraz przechodzę do sedna.
Dyrektor strasznie się przejął kradzieżą kościotrupa, przede wszystkim dlatego, że kupiono go za jakieś podarowane szkole pieniądze.
- Taki wstyd przed darczyńcami! - powtarzał dyrektor Donat Maria Donat. A właściwie magister Donat M. Donat (istny obłęd w ciapki - jak w ogóle można się tak nazywać?).
I dodał, że surowo ukarze każdego, kto przywłaszczył sobie wyposażenie sali biologicznej w postaci całkiem nowego układu kostnego człowieka, ponieważ nie tylko zabrał cudzą własność, ale z pewnością wykorzysta ją do niecnych celów.
- Żadnego Halloween! Zrozumiano?! - zagrzmiał na całą salę. Zagroził, że zawiadomi rodziców, a jeśli to nie odniesie skutku, sprawę przekaże policji. - Jak dwa razy dwa! - zakończył stanowczo.
Nasz dyrektor nigdy nie dopowiada myśli do końca. Mnie to nie przeszkadza, ale innym tak. Pewnie dlatego matematyk Zygzak dopowiedział:
- Jest cztery.
- Jak dwa razy dwa jest cztery! - pani od polskiego zebrała wszystko do kupy, z pewnością dlatego, że zawsze żąda wypowiadania się pełnym zdaniem.
Dyrektor tylko machnął ręką i kontynuował:
- Mam podstawy, by domyślać się, kto dokonał kradzieży. Nie chcę robić afery i plamić dobrego imienia szkoły. Dlatego złodziejowi powiadam: albo szkielet się znajdzie, albo ja zgniotę cię, złoczyńco, jak cytrynę! Aż zostanie z ciebie kościotrup! Zrozumiano?!
- Jak dwa razy dwa! - odpowiedziałem, bo siedziałem najbliżej, a Donat M. Donat patrzył wprost na mnie.
Po apelu już na lekcji historii do klasy wkroczyła woźna, pani Irenka, nazywana Kwiatuszkiem.
- Kwiatuszku, przerwę ci na chwilkę - zwróciła się do naszego historyka Marka Gąski.
- Przeciąg! - ryknął Gąska i zrobiło się zamieszanie.
Wszyscy wiedzieli, że przeciąg (z niezrozumiałych przyczyn powstający wyłącznie w sali od historii) szkodzi władcom Polski, których podobizny wiszą rzędem na ścianie: od Mieszka I po ostatniego Poniatowskiego, czy jak mu tam było. Przy każdym nierozważnym otworzeniu drzwi obrazki przekrzywiały się w jedną stronę, a Gąska serdecznie tego nie znosił. Monarchowie powinni wisieć w pionie. Dbali o to dyżurni, a czasami nie dbali, bo poprawianie obrazków zajmowało jedną trzecią lekcji albo i więcej, co nieraz okazywało się ostatnią deską ratunku dla nieprzygotowanych.
- Przepraszam, kwiatuszki - woźna zwróciła się do władców Polski.
Wszyscy rzuciliśmy się do poprawiania portretów i dopiero gdy Gąska huknął: „Spokój!!!", potulnie wróciliśmy do ławek.
Gąska z powagą poprawiał obraz po obrazie, a pani Irenka cierpliwie czekała, aż skończy. Ale końca nie było widać, więc zaczęła nieśmiało:
- Kwiatuszku, bo zapomnę, pan dyrektor wzywa do siebie kwiatuszka Teosia Maślankę. - I dodała nadspodziewanie surowo: - Który to?!
Oprócz mnie innego Teosia w naszej klasie nie było, ale nie zamierzałem ułatwiać woźnej zadania. W końcu moje nazwisko nie jest aż tak trudne do zapamiętania.
- Teosia Śmietankę - poprawiła się pani Kwiatuszek.
W klasie zapadła wymowna cisza, która groziła wybuchem niekontrolowanego śmiechu.
- Kefirek! - huknął Gąska, nie odrywając oczu od równiutkiego rzędu portretów.
Woźna klasnęła w dłonie.
- Kefir! No właśnie, kwiatuszku, coś z mleka, miałam to na końcu języka. Znam wszystkich uczniów, a tego jednego mlecznego nie mogę zapamiętać.
Klasa ryknęła śmiechem, jak zwykle przy takich okazjach. Trudno, byłem przygotowany na podobną reakcję. W VIa jest uczeń o nazwisku Wytrzeszcz i ten ma o niebo gorzej.
Niechętnie podniosłem się z krzesła. Człowiek niewinny nie musi się śpieszyć - uzasadniłem w myślach swoją opieszałość. Jednak wszyscy wiedzieli, że dyrektor ma zwyczaj wzywać tylko winnych, więc przez krótką chwilę byłem zaniepokojony.
Co ja takiego zrobiłem? - zadałem sobie pytanie, które pozostało bez odpowiedzi.
W oczach Dominiczka zobaczyłem niemy wyrzut. Ma pretensję, że zrobiłem coś bez niego. Obłęd w ciapki, przecież ja nic nie zrobiłem! Nawet dyrektor może zmienić swoje przyzwyczajenia - uspokoiłem w duchu samego siebie i już bez obaw poszedłem za Kwiatuszkiem.

II
Poniedziałku ciąg dalszy
Siostra zawsze grzecznego Dominiczka, Amelia, która jest sekretarką w naszej szkole i bywa złośliwa (o, rym!, „bywa złośliwa", a gdy mam napisać coś do rymu na lekcję polskiego, to jak na złość mi nie wychodzi; pewnie dlatego, że wszystko przychodzi nie w porę, jak twierdzi moja mama), wprowadziła mnie do gabinetu dyrektora i powiedziała, oczywiście złośliwie:
- Jeśli pan dyrektor dobierze ci się do skóry, uciekaj przez okno, specjalnie nie domknęłam.
Zostałem sam w przestronnym gabinecie. Rozglądałem się beztrosko, gdy nagle usłyszałem za sobą głos Donata M. Donata.
- Ty coś wiesz!
- Wiem? - Zaskoczył mnie. Wiedziałem wiele rzeczy, ale z pewnością nie dotyczyły one dyrektora.
- Powiedzmy, że wyczytałem to z twoich oczu. Nie spytam zatem wprost, ponieważ na proste pytanie żaden uczeń nigdy mi jeszcze nie odpowiedział, więc nie spytam wprost: ukradłeś kościotrupa? Ale... - Dyrektor się zawahał, chyba zgubił wątek, a nie było akurat pana od matematyki, który pospieszyłby z podpowiedzią.
- Tadziczka? - spytałem.
- Jakiego Tadziczka? - Donat M. Donat przeczesał palcami gęstą grzywę i spochmurniał. - Ukradłeś i Tadziczka? A co to takiego? A raczej - kto to taki?
Usiadł na dyrektorskim krześle, aż pufnęły miękkie poduszki.
- Tego z sali biologicznej, bo...
Nim zdążyłem odplątać to, co zaplątałem, ktoś zapukał do drzwi i stanęła w nich pani od biologii.
- Z nieba mi pani... - dyrektor swoim zwyczajem nie dokończył zdania, by przejść do sedna. - Straciła pani Tadziczka? To dlaczego powiadomiono mnie jedynie o kradzieży kościotrupa?
Pani od biologii, zwana Bąbelkiem, spąsowiała jak piwonia, nerwowo zamrugała powiekami i...
- Jeśli już, to kościotrupka - poprawiła Donata M. Donata. - O kradzieży kościotrupka, ponieważ to nie był zbyt okazały model, chociaż prosiłam o model w skali jeden do jednego. I dodam dla porządku, że w ewidencji wyposażenia sali biologicznej widnieje on jako model ludzkiego szkieletu, więc nazywanie go kościotrupem jest niestosowne i mylące. A fakt, że składał się wpół za pomocą kulistego pokrętła na biodrze przeczy logice i fałszuje rzeczywistość, gdyż żaden ludzki szkielet nie ma pokrętła na...
- A Tadziczek?! Who is he?! - Dyrektor w zdenerwowaniu czasami przechodził na angielski. Na szczęście uczył się od niedawna i miał opanowane tylko kilka zdań, więc można było go zrozumieć.
Bąbelek zrobiła wielkie oczy, które zamgliły się niespodziewanie.
- Nie straciłam Tadziczka... chyba że panu coś doniesiono...?
Obłęd w ciapki! Przecież gdyby mnie zapytali, to powiedziałbym, kim jest Tadziczek. Bałem się jednak odezwać nieproszony. Kiedyś w dzieciństwie odezwałem się niepytany i mam nauczkę do dziś.
Wtedy obciąłem grzywkę mojej kuzynce Paulince bez jej zgody. Ciocia podrzuciła ją do nas na noc. Paulinka zajęła moje łóżko, a mnie się to nie spodobało. W nocy wyciąłem jej całą grzywkę, więc wszyscy bardzo się zdenerwowali i zamknęli mnie za karę w pokoju. Nudziłem się jak mops, a ponieważ na biurku leżały farby, pomalowałem ściany. Były jak obłęd w ciapki, naprawdę super. Mama zawołała: „Święty Walenty!", a tata najspokojniej w świecie orzekł: „To dziecko straciło resztki rozumu". „Jeśli tylko resztki, to nie ma się czym martwić" - zauważyłem, też najspokojniej w świecie. Jednak lepiej bym zrobił, gdybym milczał. Co było dalej, nie będę opowiadał, szkoda słów.
Po chwili znów ktoś zapukał i w drzwiach stanął Dominiczek.
A ten tu czego? - zdziwiłem się.
- Kim jest Tadziczek?! - dyrektor znienacka zaatakował Dominiczka.
Dominiczek, jak to Dominiczek, zanim odpowiedział, najpierw dokładnie zamknął drzwi, bo jak już wspominałem, lubi być dokładny. Niestety, drzwi się nie domykały.
- Tadziczek to mój narzeczony, panie dyrektorze - ubiegła go pani Bąbelek, która wyglądała tak, jakby nagle dostała rozstroju żołądka.
Donat M. Donat sięgnął po szklankę wody, upił łyk i przełknął z głośnym gulgotaniem.
- Za chwilę zwariuję - mruknął sam do siebie (ale i tak usłyszałem), po czym wybuchnął, aż drzwi otworzyły się na oścież.
- Ukradli pani narzeczonego?! Czy to szkoła, czy dom?!!!
- Wariatów - grzecznie podpowiedział Dominiczek.
Obłęd w ciapki, no nie?
- To wszystko da się wyjaśnić - z całym spokojem rozpoczął Dominik. - Gdy szkielet kostny człowieka pojawił się w sali biologicznej, zrobiliśmy głosowanie...
- Że co? - Dyrektor najwyraźniej miał kłopoty ze zrozumieniem, więc postanowiłem się wtrącić, bo długie milczenie zaczęło mi ciążyć.
- W demokratycznym głosowaniu wybraliśmy mu imię i urządziliśmy chrzciny. Chociaż ja byłem przeciwny głosowaniu. Bo z głosowaniem zawsze jest tak, że jedni są za, drudzy przeciw, i koniec końców nic nie można ustalić.
- Urządziliście chrzciny?... Szkieletowi?... - W oczach pani Bąbelek widać było osłupienie, ale i przebłyski zrozumienia.
- Nic z tego nie rozumiem, a co z tym Tadziczkiem?! - Donat M. Donat domagał się pełnej informacji.
- I nadaliście mu imię mojego narzeczonego Tadzi... Tadeusza? - drążyła temat Bąbelek.
Gdybym wtedy powiedział, że kościotrup w trakcie hucznej ceremonii nadawania imienia powstał z martwych i o własnych siłach wymaszerował z sali biologicznej, może odwróciłbym uwagę dyrektora od drażliwej kwestii imienia. Niestety, jakoś na to nie wpadłem. Na szczęście sam Donat M. Donat zrozumiał, że sprawa jest drażliwa, i podsumował krótko:
- Skoro tak, to znaczy, że zginął jedynie układ kostny człowieka, innymi słowy szkielet. A więc wróciliśmy do punktu... - przerwał i zamyślił się.
- Wyjścia - podpowiedział Dominiczek.
- A mnie nie zawiódł mój nos! - Dyrektor wstał i patrząc na mnie jak sędzia, który wydaje wyrok śmierci, rzekł grobowym głosem: - Teodorze, jestem pewien, że to ty odpowiadasz za zaginięcie własności Szkoły Podstawowej numer dwa imienia!... I tak dalej...
- Ja??? - Zrobiłem, co w mojej mocy, aby zdziwienie było wystarczająco zdziwione.
Raz w życiu zdziwiłem się mało przekonująco. Było to w głębokim dzieciństwie, ale do dziś pamiętam. Stałem z mamą w kolejce na poczcie. Obok stała pani Ela, znajoma mamy. Nie znałem jej. Ona mnie chyba też nie, bo powiedziała: „Jaki grzeczny ten pani synuś". Mama się zawahała, ale po chwili przyznała, że czasami rzeczywiście bywam grzeczny, i spojrzała na mnie tak, że postanowiłem wytrzymać w kolejce nawet bez podskakiwania. Stałem, stałem, aż w końcu pomyślałem, że jeśli się nie ruszę, to na pewno umrę. Tak się tym przeraziłem, że usiadłem tam, gdzie stałem. Myślałem, że siadam na podłodze, ale za mną leżała torba z zakupami pani Eli i w następnej chwili poczułem, że mam mokre siedzenie. Wstałem po cichutku i ukryłem się za mamą. A gdy pani Ela sięgnęła po torbę, pospieszyłem się, żeby zdziwić się pierwszy, bo nie chciałem zostać posądzony o niegrzeczne zachowanie. Niestety, zdziwiłem się nie dość przekonująco. Nie będę opowiadał, co było dalej. Moim zdaniem, jeśli już kupi się torbę jaj, to trzeba ją zanieść do domu, a nie na pocztę.
- To na pewno nie on, właśnie przyszedłem zaręczyć... - Dominiczek nie dokończył, bo mu przerwałem.
- O! Moje ćwiczenia! Znalazły się... - Zdziwiłem się na całego.
Dyrektor Donat M. Donat trzymał w dłoniach moje zaginione ćwiczenia do matematyki.
- Znaleziono je w sali biologicznej obok odkręconych śrub po Tadziczku, tfu!, szkieletorze! - Dyrektor nie spuszczał ze mnie wzroku.
Zawsze pragnąłem zostać detektywem i rozwiązywać trudne zagadki, ale tej zagadki w żaden sposób nie dało się wytłumaczyć. Jeszcze w czwartek na matematyce miałem swoje ćwiczenia, więc musiały zginąć później. Może i jestem roztargniony, czasami, ale nie mogłem zostawić ćwiczeń w sali biologicznej, bo w czwartek nie mamy biologii, a w piątek zwolniłem się z ostatniej lekcji, właśnie z biologii. Od czwartku nosiłem je więc w plecaku i dopiero w niedzielę wieczorem, gdy zamierzałem odrobić lekcje, odkryłem, że gdzieś mi się zapodziały.
- Umiem wybaczać niemądre żarty, więc daję ci czas i powtarzam: albo szkielet się znajdzie, albo... - dotarły do mnie słowa dyrektora.
- To nie ja! - zaprzeczyłem pośpiesznie.
Dominik natychmiast mnie poparł. Stwierdził, że zaręcza o mojej niewinności, gdyż Teoś, czyli ja, nie zrobiłby nic bez jego, czyli Dominika, pomocy. I gdybym rzeczywiście zwędził kościotrupa, to Dominik brałby w tym udział. A nie brał.
Na to dyrektor odpowiedział, że wprawdzie Dominik jest wiarygodny, nie to co ja, jednak on, czyli dyrektor, kieruje się zasadą ograniczonego zaufania.
Ktoś delikatnie zapukał we framugę. Wszyscy jak na komendę zwróciliśmy głowy ku wciąż otwartym drzwiom.
- Co tam, Amelciu? - zapytał magister Donat.
Długowłosa siostra Dominiczka bez słowa wkroczyła do gabinetu. Trzymała za rożek białą kopertę, a minę miała taką, jakby niosła bombę.
- Wsunęli to pod drzwi sekretariatu - wyjaśniła i podała dyrektorowi kopertę, na której ktoś nalepił litery wycięte z gazety. Litery różniły się kolorem i wielkością i były nalepione krzywo. Zupełnie jak w listach z pogróżkami wysyłanych przez porywaczy.
We czwórkę pochyliliśmy się nad niezwykłą kopertą, to znaczy ja, Dominik, pani Bąbelek i Donat M. Donat, bo Amelka trzymała się z tyłu.
- DYREKCJA - odczytałem krzywy napis. I nie czekając, aż dyrekcja wyjdzie ze zdziwienia, wyjąłem z koperty kartkę. Na niej również były przyklejone litery.
- SIĘ ZNAJDZIE W PIĄTEK - tym razem Bąbelek odczytała koślawe litery.
Wtedy zadzwonił dzwonek na przerwę.
Przez chwilę milczeliśmy. Pewnie wszyscy powtarzali w myślach: „Się znajdzie w piątek".
- Co się znajdzie? - mruknął dyrektor.
- W piątek - dopowiedziała Bąbelek.
- To oczywiste... - zacząłem, ale nie dokończyłem, bo przerwała mi Amelka.
- Panie dyrektorze, jest pan umówiony z burmistrzem za dwadzieścia minut.
No obłęd w ciapki! Ta kobieta w ogóle nie ma wyczucia chwili! W takim momencie zawracać nam głowę jakimś burmistrzem!
- To oczywiste - nie dałem się wyprowadzić z równowagi. - Dostał pan odpowiedź od porywacza kościotrupa. I proszę zauważyć, że to nie ja sporządziłem tę wyklejankę, ponieważ przez cały czas byłem tu z panem. Mam na to kilku świadków, więc oskarżenia w stosunku do mojej osoby, mimo niezwykłego zbiegu okoliczności, który spowodował, że ćwiczenia do matematyki znalazły się w sali biologicznej, są bezpodstawne, a...
- Śpieszę się! - przerwał mi Donat M. Donat.
- Z jakichś niezrozumiałych powodów Tadzicz... kościotrup został porwany. I z jakichś niezrozumiałych powodów złodziej obiecuje, że zwróci, a może podrzuci, ewentualnie odeśle szkielecik właśnie w piątek - dokończyłem.
- To znaczy, że złodziej prosi mnie o czas? - Dyrektorskie zdziwienie nie miało granic, może dlatego było wypowiedziane pełnym zdaniem.
- Coś w tym rodzaju, choć nie użył słowa „proszę" - przyznała pani Bąbelek.
Gdyby tam było „proszę", może Donat nie wkurzyłby się tak, jak się wkurzył. O dziwo mniej go zbulwersowało zniknięcie kościotrupa niż ten bardzo rzeczowy list. Stwierdził, że nie pozwoli, by uczniowie bawili się z nim w kotka i myszkę. Na apelu żądał zwrotu kościotrupa, a nie głupiego listu. Ten list tak go rozzłościł, że już nie odpuści i dobierze się do skóry dowcipnisiowi. A co do mnie i Dominika, to...
- Do piątku, a najpóźniej do soboty, odnajdziemy i złodzieja, i kościotrupa. Proszę nam zaufać - Dominik uprzedził moje zamiary.
- I oczyszczę swoje dobre imię, gdyż niesłusznie zostałem posądzony o...
- Kefirek! - Zniecierpliwiony Donat miał dość zamieszania z kościotrupem. - All right, daję wam czas do piątku. Jeśli sprawa się nie wyjaśni, zrobię tak jak postanowiłem. - Spojrzał na zegarek. - Ta kradzież nie ujdzie wam! - dodał surowo, wrzucając nas tym samym do jednego worka ze złodziejem.
Dominiczek cały poczerwieniał, pewnie od razu poczuł się winny niezawinionego czynu. Zawsze tak było. Gdy działo się coś złego i nauczyciele z rozpędu oskarżali całą klasę, Dominiczek czerwieniał i czuł się winny za wszystkich.
Ja natomiast nie poczuwałem się do żadnych win, nawet tych rzeczywiście zawinionych. Uzupełniłem dyrektorskie zdanie: „Nie ujdzie wam to na sucho!", i zająłem się układaniem w głowie spisu podstawowych pytań, na które musiałem znaleźć odpowiedź do piątku.


III
Poniedziałku ciąg dalszy
Opuściliśmy gabinet zaraz po dzwonku na lekcję.
- Pani od biologii wybaczy wam głupi kawał pod warunkiem, że odszukacie i zwrócicie Tadzicz... tfu! Tego no... - Dyrektor przebiegł obok nas.
- Szkieletu! - Dominik znów był szybszy ode mnie.
Poczekałem, aż za magistrem Donatem M. Donatem zamknęły się drzwi i podskoczyłem pod sufit. Ja-hu! Dostaliśmy pierwsze prawdziwe zlecenie! I to od samego dyrektora szkoły! Obłęd w ciapki!
Okrążyłem w triumfalnym tańcu zamyślonego Dominiczka. Wprawdzie to ja
pierwszy wymyśliłem, że zostanę detektywem, a on, jak już wam wspomniałem, zwędził mój pomysł, uważałem jednak, że musimy działać wspólnie. Dwie głowy, to prawie tyle co jeden komputer, no nie? (A swoją drogą ciekawe, ile gigabajtów mieści mózg człowieka...)
- Powiadomię cię o wszelkich poszlakach - obiecałem lojalnie.
- Uhum. - Twarz Dominika pozostała nieporuszona. Wyglądał tak, jakby błądził gdzieś myślami.
Nieważne, niech błądzi.
- Zabrałem go z biurka... ale Karolina może nam przeszkodzić... - Pogrążony w myślach Dominik nie zawsze wypowiadał się precyzyjnie.
Zatrzymałem się, żeby pozbierać myśli i zrozumieć, co mu chodzi po głowie.
Zabrał go z biurka?... A, to proste. Biurko było w gabinecie dyrektora, na biurku coś leżało... leżały moje ćwiczenia i list od porywacza. O ćwiczeniach zapomniałem, muszę o nie poprosić długowłosą Amelkę.
- Zabrałeś list porywacza - bąknąłem.
Byłem niezadowolony, że to nie ja wykazałem się przytomnością umysłu. Przecież powinienem o tym pamiętać. List trzeba zbadać, bo to jest nić, która zaprowadzi do kłębka, czyli do porywacza. Ale co ma do tego nadęta Karolina z naszej klasy, która zachowuje się tak, jakby zjadła wszystkie rozumy i nawet mądrego Dominiczka traktuje z góry?
- Karolina może nam przeszkodzić w śledztwie?
- Uhum - znów uhumknął Dominik. - Przeszkodzić albo ubiec.
- Przecież ona nie ma nic wspólnego ze sprawą Tadziczka!
- Teoretycznie, ale podejrzewam, że jednak ma - rzekł Dominik, po czym dodał lekceważąco: - Właściwie możemy się nią nie przejmować. - I najspokojniej w świecie wszedł do klasy na lekcję polskiego.
No obłęd w ciapki! Rozumiecie go? Bo ja nie zawsze. Już prawie wszystko sobie poukładałem: szukam kościotrupa Tadziczka, który został porwany z sali biologicznej. Mam pierwszy dowód w sprawie - list od porywacza. I wiem, że porywacz potrzebuje Tadziczka do piątku, a w piątek jest Halloween, czyli mogę założyć, że planuje coś z udziałem kościotrupa właśnie w piątek.
W sprawę zamieszany jest porywacz, bądź porywacze, i Tadziczek. Pomysł, by Karolinę, prymuskę i ulubienicę pani Bąbelek, podejrzewać o kradzież, jest nie do przyjęcia.
Wreszcie skończyły się lekcje i mogliśmy przystąpić do śledztwa.
Szkoła to taka szara strefa, gdzie wszyscy są podejrzani, więc czekało nas trudne zadanie.
- Wszyscy są podejrzani? To znaczy pięćset osób? - Dominik się zamyślił.
- Tylko czterysta dziewięćdziesiąt osiem. - Od liczby uczniów odjąłem siebie i Dominika (nauczycieli nie braliśmy pod uwagę ze zrozumiałych względów).
- Ten trop raczej nie zaprowadzi nas do celu.
Cóż, musiałem przyznać mu rację. Należało zawęzić krąg podejrzanych. Postanowiliśmy w pierwszej kolejności obejrzeć miejsce przestępstwa. Wprawdzie ślady zostały już zatarte, jednak wnikliwe oko zawsze potrafi coś znaleźć.
Umówiliśmy się z woźną Kwiatuszek, że po lekcjach da nam klucz do sali biologicznej.
Gdy wreszcie szkoła opustoszała, wziąłem do ręki klucz i naraz poczułem się jak profesjonalista. Wielokrotnie otwierałem salę biologiczną, ale nigdy w celu przeprowadzenia śledztwa.
Zamek zaskrzypiał tak przeraźliwie, że aż poczułem ból w zębach. Po chwili znaleźliśmy się w środku. Dokładnie zamknąłem drzwi i wówczas zaskoczyła mnie cisza. W czasie lekcji biologii nigdy nie było tak cicho. Świnka morska Zuzia obudziła się z drzemki i spojrzała na nas z niechęcią.
Kościotrup Tadziczek był przykręcony czterema śrubami do ciężkiego drewnianego podestu, który znajdował się w lewym rogu obok tablicy. Obejrzałem pusty podest. Lakierowana podstawa lśniła czystością, po śrubach zostały tylko cztery dziury. Żadnych śladów. Wszystko zatarte!
To nic, w końcu od czego mam szare komórki? W poradniku dla początkujących detektywów wyczytałem, że wytrawny śledczy powinien wejść w skórę przestępcy i myśleć jak on. Dlatego właśnie zadałem sobie następujące pytanie: „Gdybym to ja chciał porwać Tadziczka, jak przeprowadziłbym tę operację?".
Musiałbym znaleźć się w klasie w piątek już po lekcjach - odpowiedziałem sobie w myślach.
- Ale Kwiatuszek nie dałaby ci klucza - rzekł Dominiczek.
No obłęd w ciapki, skąd on wie, o czym ja myślę?!
- Zostałbym w klasie po lekcjach - kontynuowałem swój tok rozumowania już głośno. - W piątek przed południem Tadziczek był na swoim miejscu, mamy na to wielu świadków, więc najprawdopodobniej porwano go w piątek po południu, ewentualnie w weekend. Ale w takim przypadku porywacz musiałby włamać się do klasy albo ukraść klucze z kantorka woźnej. To niepotrzebnie skomplikowałoby zadanie, więc jestem pewien, że wszystko rozegrało się w piątek.
- Zaraz. - Dominik wyszedł na korytarz. Po chwili usłyszałem jego rozmowę ze sprzątaczką, panią Malinką.
- Prowadzimy śledztwo na polecenie pana dyrektora. Czy mógłbym zadać pani jedno pytanie? - spytał grzecznie zawsze grzeczny Dominiczek. - W ubiegły piątek...
- W dniu porwania szkieletu - włączyłem się do rozmowy.
- O której godzinie sprzątała pani salę biologiczną?
- Jak zawsze, po szesnastej, a co?
- I niczego pani nie zauważyła?
- Podejrzanego? - podpowiedziałem.
- Bałagan był jak zawsze, tylko... Zuzia nie spała, a po lekcjach śpi jak suseł. No uciekajcie, muszę sprzątać.
Wróciliśmy do klasy.
Świnka morska nic nam nie powie, nawet jeśli widziała porywacza - westchnąłem w duchu. Podrapałem Zuzię po grzbiecie. Zaraz, zaraz, jednak zachowanie Zuzi jest ważną wskazówką. Zawsze sypia po lekcjach, chyba że jej ktoś w tym przeszkodzi... A to znaczy, że w klasie rzeczywiście ktoś był po szesnastej!
Ucieszyłem się ze swojego odkrycia, ale Dominik znów był ode mnie szybszy.
- Porwano go w piątek po godzinie osiemnastej - stwierdził.
- Dlaczego akurat po osiemnastej?
- Bo w piątki między siedemnastą piętnaście a osiemnastą Bąbelek ma w tej sali kółko biologiczne i zauważyłaby brak Tadziczka, a przecież zniknięcie kościotrupa odkryto dopiero dziś rano.
Racja!
- To znaczy, że porywacz czekał w ukryciu, bo przecież po lekcjach była tu sprzątaczka, a potem kółko. A może to ktoś z kółka biologicznego?
- Zuzia nie spała już po szesnastej - przypomniał Dominiczek.
Porywacz siedział w klasie od ostatniej lekcji aż do wieczora. Długie zasłony mogły go wprawdzie ukryć, ale to niepewna kryjówka. W biurku Bąbelek raczej nie zmieściłby się, pozostały więc szafy.
Cztery szafy na pomoce naukowe stały pod ścianą za ławkami. Jedna była przeszklona, więc pozostawały tylko trzy. Właściwie powinny być zamknięte, ale pani Bąbelek jest roztrzepana, więc często zapomina o ich zamykaniu.
Zajrzałem do środka i moje przypuszczenia się potwierdziły. W szafie pod oknem dwie półki zostały przełożone na samo dno, a plansze, które na nich leżały, wepchnięto w jeden kąt. Miejsca było aż nadto, by się ukryć.
Zdziwiłem się, że od razu na samym początku śledztwa odniosłem taki sukces.
Zerknąłem z ukosa na Dominika. Kamienna twarz samuraja nie zdradzała żadnych emocji. Z uwagą oglądał wnętrze szafy.
- Moim zdaniem on chciał cię wrobić - rzekł, przyglądając się jakimś pociętym żabom na planszy.
Znów mówi zagadkami! Obłęd w ciapki! Nie jestem zazdrosny, ale nie lubię wiedzieć, że wiem mniej niż Dominik. Przedtem Karolina, która nie wiadomo dlaczego miałaby przeszkadzać nam w śledztwie, a teraz jakiś „on", który chce mnie wrobić. I niby w co?
- A właściwie tylko rzucić podejrzenie. To znaczy skierować Donata na niewłaściwy trop, bo jakby coś nie wyszło, a coś nie wyszło, to lepiej, żeby był podejrzany...
- Pewnie, zawsze lepiej, gdy jest podejrzany, to rzeczywiście wielka myśl, a... a rozumiem... Ktoś podrzucił moje ćwiczenia do matematyki, żeby na mnie skierować podejrzenia dyrektora.
No obłęd w ciapki! Dawno nie czułem się tak wzburzony i upokorzony. Ukradziono mi ćwiczenia, a ja nawet tego nie zauważyłem. Ale plama...
- Głowa do góry, dorwiemy go - wsparł mnie Dominik.
Na szczęście nie mam zwyczaju się załamywać, wręcz przeciwnie, umocniłem się w postanowieniu, by dopaść drania.
- Jak go dopadnę, to nie odpuszczę! - warknąłem.
- Jest ślad. - Dominik, który przeszukiwał szafę centymetr po centymetrze, wskazał palcem górną półkę.
Zajrzałem do środka.
- Jest ślad! - ucieszyłem się.
Wyjąłem z plecaka pincetę i foliową torebkę, podstawowe wyposażenie detektywa, które zawsze noszę, i delikatnie uchwyciłem „ślad". Na szczęście guma do żucia, bo taki właśnie prezent zostawił nam porywacz, z łatwością dała się oderwać od podłoża, czyli sklejki. Podniosłem gumę na wysokość oczu i uśmiechnąłem się do Dominiczka. W zżutej gumie odciśnięte były cztery przednie zęby.
- Dopadnę cię! Popamiętasz Teo Kefirka! - powiedziałem z satysfakcją do odcisków.
Znaleźliśmy dowód, że w szafie ktoś był. Musiało mu się nudzić i żuł gumę. Gdyby zbadać DNA jego śliny i porównać z DNA wszystkich uczniów, wówczas winowajca byłby wykryty.
Guma pachniała owocami. Truskawka? Malina?
- Za duża na listek orbitu, to raczej malinowa mamba, one są większe - zastanawiał się Dominik.
- Malinowa albo morelowa - poprawiłem go. - Zresztą, damy do powąchania Młodszemu (Młodszy to mój młodszy brat, jeszcze go poznacie), on nie lubi morelowych, więc wyczuwa je na odległość - dodałem.
- To muszą być górne zęby, są szersze niż dolne. Mamy dwie jedynki, lewą dwójkę i trójkę, widzisz, dwójka jest cofnięta w stosunku do pozostałych - analizował Dominik.
To było coś! Wiedzieliśmy już, że złodziej siedział w szafie, że żuje gumę owocową i ma nierówne przednie zęby. Teraz wystarczy obejrzeć czterysta dziewięćdziesiąt osiem górnych szczęk i sprawa zamknięta. Chociaż maluchy z pierwszych, drugich i trzecich klas też można wykluczyć, ale i tak zostaje jakieś trzysta szczęk.
Wyobraziłem sobie Donata M. Donata, który zagląda uczniom w zęby i już miałem się roześmiać, kiedy Dominiczek niespodziewanie wciągnął mnie do szafy i zamknął drzwi.
No obłęd w ciapki!

 

IV
Poniedziałku ciąg dalszy
Dominik wprawdzie jest chudy jak szkielet, ale w odróżnieniu od Tadziczka występuje w skali jeden do jednego, nie składa się wpół za pomocą pokrętła i przerósł mnie o głowę, więc ledwie mogliśmy oddychać w ciasnej szafie.
- Jest tu kto? - usłyszałem głos... Karoliny!
Głupie pytanie, pomyślałem, przecież zostawiliśmy klucz w drzwiach od strony korytarza. Niby taka mądra, a nie rozumie najprostszej rzeczy.
Przez szparę w drzwiach obserwowałem salę. Zobaczyłem rude proste włosy Karoliny, które jak zwykle zasłaniały jej twarz tak, że widać było tylko oczy i zadarty nos. Nie rozglądała się, jakby była pewna, że jest sama. (Te jej perfumy tak śmierdzą, że można zwymiotować!) Podeszła prosto do biurka pani Bąbelek i otworzyła szufladę własnym kluczem. Wyjęła coś z plecaka, ale nie było widać co, coś kolorowego, włożyła to do szuflady, zamknęła ją i wyszła z sali.
Zgrzyt! - zgrzytnął klucz w drzwiach.
Jak na komendę wypadliśmy z szafy. Co za ulga! Śmierdziało w niej zgniłymi darami morza, czy też innym ohydztwem.
Dopadłem do drzwi.
- Zamknęła nas! - syknąłem wzburzony.
Dominik miał rację, Karolina chce przeszkodzić w śledztwie!
Tylko dlaczego? Przecież nie ukradła szkieletu. Ale... ale mogła ukraść mi ćwiczenia i podrzucić je do sali biologicznej!
Tak, to było prawdopodobne. Nie lubi mnie, właściwie to się nie znosimy, bo ten rudzielec zanadto się rządzi i jest strasznie wścibski. Chce zostać prokuratorem, a podobno każdy prokurator musi być dociekliwy.
„Dociekliwy"! Ja nazywam to wścibstwem i niezdrową ciekawością! W dodatku jej dociekliwość zwykle dotyczy moich potknięć. Chociaż ona nazywa je „wygłupami". Wielka mi prokuratorka!
Dominik nie wydawał się zainteresowany moimi rozważaniami. Właśnie wysypywał na biurko zawartość swojego plecaka.
- Karolina nie wiedziała, że nas zamyka. Pomyślała, że to roztrzepana Bąbelek zostawiła klucz w drzwiach. Takie rzeczy już się zdarzały...
Prawda, od kiedy Bąbelek zaczęła odbierać telefony od kogoś, do kogo mówiła „Tadziczku", wciąż była rozkojarzona. Kiedyś na lekcji pokazała nam pijawki, ale potem o nich zapomniała. A po dzwonku w sali biologicznej mieliśmy plastykę i pani Giga usiadła na jednej z nich. Obłęd w ciapki! Z malowania były nici. A pijawka była prawdziwą pijawką lekarską, tak samo drogą jak rasowy pies.
- Masz jakiś drut albo spinacz? - usłyszałem Dominiczka.
Zawsze miałem w pogotowiu odpowiednie wyposażenie. Dominik, choć śnił o karierze detektywa, w ogóle nie dbał o sprzęt i nie miał żadnych zdolności manualnych. Wyjąłem z plecaka zestaw narzędzi i w sekundę otworzyłem szufladę, do której Karolina włożyła coś niezidentyfikowanego.
Na samym wierzchu leżało kolorowe pismo dla kobiet, a na nim nożyczki do papieru. Pod spodem były jeszcze różne „skarby": gumki, kredki, linijki, spinacze oraz inne babskie pisma, które czytywała Bąbelek, od kiedy poznała Tadziczka (narzeczonego Tadziczka, nie kościotrupa Tadziczka). Jednak najważniejsze było to, co na wierzchu. Odkryliśmy, że Karolina włożyła do biurka nożyczki i pismo. Ale jaki to ma związek z Tadziczkiem? Gdyby to był przynajmniej śrubokręt...
Nożyczki miały wyszczerbione górne ostrze. Gdy przeciąłem kartkę, nierówności pozostawiły ślad na krawędzi papieru.
Dominik podsunął mi list porywacza. Uważnie przyjrzeliśmy się wyciętym literom. Nie było wątpliwości, takie samie nierówności! Litery wycięto nożyczkami pani Bąbelek!
Zajrzałem do pisma.
- Tego się spodziewałem - mruknąłem z zadowoleniem, odnalazłszy strzępy wyciętej kartki. Ślady wskazywały, że wycięto ją właśnie z tego pisma i w dodatku tymi samymi nożyczkami, co litery.
Wszystko do siebie pasowało: nożyczki, litery, strzępy kartki.
Wiemy już, kto jest autorem listu do dyrekcji i możemy to udowodnić! Mamy list porywacza. Mamy gazetę, z której wycięto litery. Mamy nożyczki, którymi wycięto litery. Wiemy, że nożyczki należą do pani Bąbelek, gazeta należy do pani Bąbelek i że Karolina włożyła je do biurka pani Bąbelek. A to znaczy, że...
- Że Bąbelek do spółki z Karoliną porwała Tadziczka - zakończył moją myśl Dominiczek.
- Mylisz się, Dominiku Taborku. Karolina porwała Tadziczka bez wiedzy pani Bąbelek! Ma dostęp do klasy biologicznej, a nawet do biurka, bo jest pupilką nauczycielki. Przygotowała list, gdy my rozmawialiśmy z dyrektorem. Sprawdzę, czy w tym czasie wychodziła z lekcji historii, na pewno znajdą się świadkowie.
- Nie warto sprawdzać. Wychodziła. Moim zdaniem list nie ma nic wspólnego z Tadziczkiem, chociaż z pewnością przygotowała go Karolina. Wystarczy powąchać kopertę, pachnie jej perfumami. W liście podała piątek, bo wtedy jest Halloween, ale to nie musi znaczyć, że wie coś o kościotrupie.
Obłęd w ciapki z tym Dominikiem! Prawie rozwiązaliśmy sprawę, a on ją na siłę gmatwa! Niech sobie mówi, co chce, ja mam już podejrzaną. Trzeba tylko przyłapać ją z Tadziczkiem w ramionach i zdemaskować tę prokuratorkę od siedmiu boleści. Koń by się uśmiał!
- Powinniśmy wyjść z klasy. - Dominik przypomniał, że jesteśmy zamknięci.
Mogliśmy wyjść oknem, jednak okazało się to niepotrzebne, oswobodziła nas sprzątaczka.
Chciałem od razu przystąpić do śledzenia Karoliny, ale Dominik był przeciwny.
- Skupmy się na konkretach - powiedział.
No obłęd w ciapki! A Karolina to nie konkret? (Przerosła mnie już o głowę. Powinno się zakazać dziewczynom rosnąć tak szybko.)
Przygotowała list. Mogła zabrać ćwiczenia do matematyki, bo siedzi tuż za mną. To oczywiste, że wrabia mnie w porwanie. Chce się zemścić za wszystkie złośliwości, których byłem autorem: za galaretkę pomarańczową wrzuconą za jej kołnierz, za SMS-y z wierszykami o rudzielcach. I jeszcze za... no, nie będę przytaczał. Dużo tego było, bo się nie lubimy. Chyba to rozumiecie...
- Ale, moim zdaniem, sama nie dałaby rady odkręcić Tadziczka, ktoś musiał jej w tym pomóc. Jeśli będziemy ją śledzić, w końcu doprowadzi nas do wspólnika, a może i do kościotrupa - cierpliwie tłumaczyłem Dominikowi.
- Nawet jeżeli w twoim rozumowaniu tkwi ziarnko prawdy, to szkoda czasu dla Karoliny. Jest za mądra, aby doprowadzić nas do porywacza. Podrzuciła list, chcąc zyskać na czasie i ukryć swoją rolę w tej sprawie - rzekł Dominik.
No właśnie! Dlatego trzeba śledzić tę spryciarę.
- I... tam.
No obłęd w ciapki „I... tam"!
Postanowiłem działać na własną rękę. W drodze do domu pozwoliłem Dominikowi snuć detektywistyczne plany. Niech mu się wydaje, że prowadzi śledztwo i niech się skupia na „konkretach".
- Która klasa miała w piątek ostatnią lekcję w sali biologicznej? - zapytał bardzo konkretnie. Ale pierwszy konkret znów prowadził do Karoliny.
- Nasza klasa! - odparłem z triumfem. - Nasza! - A to znaczy, że Karolina została w klasie, wlazła do szafy i gdy skończyło się kółko biologiczne, odkręciła Tadziczka, podrzuciła moje ćwiczenia i zwiała z łupem!
- Ha! Weź pod uwagę wszystkie konkrety. Karolina była w piątek na kółku, nie mogła w tym samym czasie siedzieć w szafie. W dodatku nosi aparat na zębach, więc to nie jej odcisk jest na gumie do żucia.
No cóż, skoro tak, to trzeba uznać fakty, jednak potwierdza to moje przypuszczenie, że miała wspólnika. Został w sali po lekcjach, dlatego świnka morska nie spała. A po kółku razem z Karoliną uprowadził kościotrupa. Tym bardziej należy śledzić właśnie Karolinę - pomyślałem.
- Kolejnym konkretem jest najbliższy piątek - dzień oswobodzenia Tadziczka - rzekł Dominik.
- Sam sobie przeczysz. Przecież o piątku dowiedzieliśmy się z listu Karoliny, a ty nie wierzysz, żeby ona była zamieszana w sprawę Tadziczka, więc jej list nie jest wiarygodny - zauważyłem.
Dominiczek na chwilę przystanął i zatopił się w myślach.
- List nie. Ale piątek może być wiarygodny. To trzeba jeszcze przemyśleć - rzekł, ruszając z miejsca.
Obłęd w ciapki! Niewiarygodny! Wiarygodny! Czy coś z tego rozumiecie?!
Nie zamierzałem bawić się w rozwiązywanie bezsensownych zagadek. W piątek jest Halloween, wspólnik Karoliny zrobi jakiś wygłup, posługując się Tadziczkiem, wszystko spadnie na mnie, a Karolina wyjdzie z tego czysta jak łza.
- Idziemy do ciebie. Muszę przepytać Amelkę. - Lekko pchnąłem Dominiczka, by wyrwać go z zamyślenia. Zakładałem, że wiedza jego długowłosej siostry na temat piątkowych zajęć w szkole może nam się przydać.
Dominik tylko skinął głową. Po chwili byliśmy na miejscu.
Amelia siedziała w korytarzu przed wielkim lustrem, szczotkowała włosy i tarasowała sobą przejście.
- Czy na piątek dyrekcja planuje coś szczególnego? - Dominik zadał pierwsze pytanie.
- Najbliższy piątek? - rzuciła, nie odrywając oczu od lustra. I zaraz rozćwierkał się jej telefon, więc zerwała się z miejsca i poleciała, żeby odebrać.
Ćwierkający dzwonek, obłęd w ciapki! Dobrze, że ja nie mam siostry. Z Młodszym wprawdzie trudno wytrzymać, ale zawsze to chłopak.
Amelia ćwierkała do telefonu prawie tak słodko, jak przed chwilą dzwonek.
- Ta też się zakochała? - skrzywiłem się.
Dominiczek pokiwał głową. Widać, że nie było mu lekko z zakochaną siostrą. - Jest w tym samym wielku co Bąbelek - dodał tonem usprawiedliwienia. - Ten jej chłopak ma na imię Pawełek, widziałeś go, naprawił mi rower.
Wreszcie doczekaliśmy się końca rozmowy. Amelka, już w znacznie lepszym humorze, wyśpiewała nam wszystko, co wie o najbliższym piątku. Dyrektor Donat M. Donat nie znosił żadnych przebieranek halloweenowych, dlatego zaplanował inne atrakcje.
Oczywiście skrzętnie zanotowałem zeznania Amelki.

Szczególne wydarzenia zaplanowane na najbliższy piątek przez dyrekcję:
1. klasy czwarte będą miały spotkanie z psem policyjnym i policjantem na temat właściwego zachowania się w wypadku ataku krwiożerczego czworonoga;
2. klasy Va oraz b wysłuchają pogadanki o właściwym odżywianiu, a potem będą przyrządzać sałatki warzywne;
3. klasy Vc oraz d pojadą do muzeum;
4. klasy szóste będą się uczyć pod czujnym okiem nauczycieli, niczego innego dla nich nie przewidziano, ponieważ podpadły na ostatniej dyskotece; właściwie podpadła VId, ale odpowiedzialność jest zbiorowa (chociaż VId miała też indywidualną karę, nie pojechała na wycieczkę do Krakowa).

Z uwagą przyjrzeliśmy się powyższemu spisowi.
Po co komu szkielet na spotkaniu z psem i policjantem? Ani policjant, ani pies nie wystraszą się plastikowych kości. Piąte klasy? Kościotrup z sałatką warzywną nie ma nic wspól...
- Ale z prawidłowym odżywianiem ma. - Dominik swoim zwyczajem przerwał mi w pół myśli.
Nim odpowiedziałem, już zdążył sobie zaprzeczyć.
- Tadziczek został ukradziony w ważniejszych celach niż wygłupy na lekcjach. Zadanie wymagało dokładnego zaplanowania, a jego wykonanie cierpliwości. Złodziejowi musiało bardzo zależeć na tym, by plan się powiódł. Dlatego sałatka i muzeum odpadają.
W kręgu podejrzeń zostali więc uczniowie szóstych klas. To już lepiej. Cztery klasy po dwadzieścia pięć osób, to daje sto osób minus my i Karolina, która rzeczywiście była na kółku biologicznym, równa się dziewięćdziesiąt siedem osób.
Byliśmy zgodni z Dominikiem co do jednego: to wśród tych bez mała stu uczniów trzeba szukać osobnika z nierównymi górnymi zębami.
Poszukiwania mogliśmy zacząć dopiero od jutra, ale obserwację Karoliny postanowiłem przeprowadzić jeszcze dziś.

 

Brak artykułów.

Brak zdjęć w galerii

© 2009 WAB. Wszelkie prawa zastrzeżone KontaktNewsletterBiuro prasoweO Wydawnictwie

zamknij okno Zaloguj się do księgarni lub zarejestruj nowe konto

Logowanie do księgarni

Rejestracja nowego konta