Strona główna Mapa stronyWydaj u nas Zaloguj się do księgarni Twój koszyk: 0



Literatura piękna,
seria: kryminał, sensacja, thriller

premiera: listopad 2009
wydanie: I
tytuł oryginału: Aldrig Fucka Upp
gatunek: powieść
przekład: Mariusz Kalinowski
oprawa: miękka ze skrzydełkami
format: 12,3 x 19,5 cm
liczba stron: 608
ISBN 978-83-7414-691-3

Drugi tom Czarnej Trylogii Sztokholmskiej

W stolicy Szwecji rozgrywa się sensacyjna historia, w której splatają się wątki przestępcze, polityczne i społeczne. Mahmud - młody Irakijczyk, były więzień, próbujący ułożyć sobie życie, Thomas - policjant, który walczy z blokowaniem jego śledztwa w sprawie pewnego morderstwa, oraz Niklas - zagubiony i samotny weteran wojenny, który szuka zemsty... Gdy ci trzej znajdą się w tym samym miejscu i czasie, rozpocznie się walka na śmierć i życie.
Kto z niej wyjdzie cało? Jakie są motywacje bohaterów i rozwiązanie zagadki tajemniczego zabójstwa?
Zimna stal, druga część Czarnej Trylogii Sztokholmskiej, łączy mroczną, intrygującą fabułę ze znakomicie odmalowaną atmosferą niebezpiecznego miasta i realizmem językowym. Proza ta zarazem daje pojęcie o stanie szwedzkiego społeczeństwa dobrobytu, o frustracjach imigrantów, przemocy wobec kobiet i napięciach politycznych, o biurokracji i zorganizowanej przestępczości.

Jeden z najbardziej znanych pisarzy skandynawskich młodego pokolenia kontynuuje swój cykl w poetyce noir. Zimna stal została znakomicie przyjęta w Szwecji, krytycy podkreślali, jak „szorstki i cyniczny" jest styl Lapidusa, a kompozycja powieści - znakomita, przejrzysta i dynamiczna. Jeden z recenzentów doradzał nawet autorowi, że powinien rzucić pracę prawnika i poświęcić się wyłącznie pisaniu...


Z recenzji Zimnej stali:

Gdy powieść osiąga punkt kulminacyjny, niepokój, który odczuwa czytelnik, powoduje, że aż ściska w żołądku.
„Västerbottens Folkblad"

Zimna stal jest zdecydowanie lepsza niż zeszłoroczny bestseller - trylogia Millennium Stiega Larssona.
„Värmlands Folkblad"

Podobał ci się Szybki cash? Jeśli tak, pokochasz Zimną stal.
„QX"

Z krajowych recenzji Szybkiego cashu:

Szwedzkiemu specjaliście od kryminałów Henningowi Mankellowi rośnie w ojczyźnie poważny konkurent.

Grzegorz Kozera, www.salonkulturalny.pl

W Szybkim cashu jest to wszystko, co w dobrym kryminalne być powinno: wartka akcja, wyraziste postaci, spojrzenie na społeczeństwo z ciekawej perspektywy.

Robert Ostaszewski, www.portalkryminalny.pl

Patroni medialni
Fragment 3

Nie wyszło tak, jak Niklas sobie wyobrażał. Dzień po tym, jak się wprowadził do swojego nowego mieszkania, zjawiła się tam mama. Chciała u niego przenocować.
A przecież właśnie o to szło: żeby sobie nie działać na nerwy, nie naruszać swoich rewirów, nie mieszać sobie wzajemnie szyków. Ale jej nie mógł odmówić. Bała się, była przerażona. I nie bez powodu. Zadzwoniła na jego komórkę bezpośrednio z pracy.
- To ty, Niklas?
- Pewnie, że ja, mama, przecież dzwonisz na mój numer.
- No tak, ale ja jeszcze do tego nie przywykłam. Jak dobrze, że już jesteś z powrotem w Szwecji. Zdarzyła się straszna rzecz.
Niklas poznał po głosie, że stało się coś nadzwyczajnego.
- Co takiego?
- Policja znalazła w naszym domu zwłoki jakiejś zamordowanej osoby. To takie straszne. Zabity człowiek leżał w piwnicy całą noc. Niklas zesztywniał. Myśli nabrały ostrości. A jednocześnie: zawaliły się. To było nieprzyjemne.
- To jakiś koszmar, mamo, chora sprawa. I co mówią?
- Kto? Sąsiedzi?
- Nie, policja.
- Nic nie mówią. Przez pół nocy stałam i marzłam na dworze. Wszyscy staliśmy. Berit Vasquéz dostała histerii.
- Cholera, koszmar. Ale coś więcej rozmawiałaś z policją?
- Dzisiaj po pracy mam iść na przesłuchanie. Ale boję się sama w domu spać. Nie mogłabym nocować u ciebie?
Zupełnie mu to było nie po myśli. To nie tak.
- No jasne. Prześpię się na materacu albo na karimacie. Po co w ogóle poszłaś dzisiaj do pracy? Trzeba było wziąć parę dni zwolnienia.
- Nie, to niemożliwe. Poza tym nie chcę siedzieć w tym domu. Wyjście do pracy dobrze mi zrobiło.
W głowie Niklasa jedno pytanie. Musiał ją o to spytać.
- Wiedzą, kto to jest, ten zamordowany?
- Policja nic nie powiedziała. Ja w każdym razie nie wiem. Nic nam nie mówili. To mogę przyjść po pracy?
Powiedział, że nie ma problemu. Wyjaśnił, jak trafić. Westchnął ciężko w duchu.

Niklas wciągnął szorty i T-shirt: czarne logo DynCorpu na piersi. Uwielbiał swoje akcesoria. Skarpetki do biegania, bez szwów, żeby uniknąć otarć, z dodatkowymi ściągaczami, żeby się trzymały. Buty Mizuno Wave Nirvana - nerdowska nazwa, ale to najlepszy but w ofercie specjalistów z Löplabbet*.
Pierwsze, co zrobił, gdy wrócił do kraju, to - chociaż rzadko wychodził z domu na dłużej - kupił sobie te buty i inne rzeczy do biegania. Przetestował je na bieżni w Löplabbet, przedyskutował szerokość podeszwy, wpływ pronacji na krok oraz kształt sklepienia stopy. Wielu uważało, że jogging to fajny sport, bo jest prosty i tani, nie wymaga zbędnych gadżetów. Nie dla Niklasa: jemu gadżety sprawiały dodatkową frajdę. Skarpety, szorty z ekstra rozcięciami, żeby nie ocierały nogi, pulsometr i, rzecz jasna, buty. Koszt: ponad tysiąc pięćset. Warte każdej korony. Biegał już z kilkanaście razy, odkąd wrócił. Tam, na południu, też czasem to robił, ale ostrożniej. Jeżeli wbiegłeś parę metrów w złą ulicę, to mogło się tragicznie skończyć. Dwóch Brytyjczyków z jego grupy znaleziono z poderżniętymi gardłami. Buty skradzione. Skarpetki na stopach jeszcze ciepłe.
Stanął przed lustrem, żeby zapiąć na piersi pas pulsometru. Przyjrzał się sobie. Wysportowana sylwetka. Niedawno ścięte włosy - takie krótkie, że ledwie było widać, jak są jasne. Ale zdradzały go niebieskie oczy. Migawki innej twarzy w lustrze: czarne smugi namalowane pod oczami, włosy brudne, stalowe spojrzenie. Gotowy do walki.
Na końcu założył pulsometr. Wyzerował go. Ten gadżet dawał mu poczucie intensywności, właściwego tempa. A co najlepsze: bezpośredni feedback na treningu.
Wyszedł. Zbiegł lekko po schodach. Otworzył drzwi w bramie. Ładny dzień.
Jogging: jego kontrola nad samotnością. Jego lekarstwo. Jego odprężenie w dezorientacji wywołanej powrotem do kraju.
Zaczynał powoli. Czuł lekki ból w udach po ostatniej rundzie, w Örnsbergu. Pobiegł w stronę szkoły na Aspudden. Duży budynek z żółtej cegły, z masztem na szkolnym dziedzińcu. Niższy, drewniany, nieopodal - może świetlica albo sale młodszych klas. Minął go. Drzewa pokryte już wątłym listowiem. Zieleń piękniejsza niż wszystko inne. Cieszył się, że jest w domu.
Zbocze opadało stromo. Ku czemuś w rodzaju doliny. Po drugiej stronie: pagórek porośnięty lasem. Na dnie doliny otwierał się teren działkowy - marzenie wszystkich matek z czynszowych kamienic: załatwić sobie taką działkę. Małe domki, węże ogrodowe i grządki, na których wszystko już zaczęło rosnąć. Zieleń w Szwecji jest taka zielona.
Odruchowo zaczął oceniać teren. Widział go jako FEBA: Front Edge na Battle Area. Teatr walki. Idealny na zasadzkę, niespodziewany atak z góry, z obu stron, na nadciągającego przeciwnika albo wrogi konwój na dnie doliny. Na pierwszy rzut: helikoptery AH-64 Apache - 30-milimetrowe działka automatyczne M230, szybkostrzelność: ponad dwa tysiące pocisków na minutę. Kosiły ciężarówki i jeepy. Roztrzaskiwały je. Unieruchamiały. Następnie ostrzał ze śmigłowców rakietami Hellfire rozwalał większość czołgów. Potem: ludzie na zboczach robili swoje za pomocą 20-milimetrowej amunicji przeciwpancernej i podlufowych granatników. Załatwiali tanki ostatecznie. I wreszcie, last but not least: piechota. Ci pilnowali, żeby jeepy spłonęły doszczętnie, ostrzeliwali nepla, który jeszcze stawiał opór, uważali, żeby zbyt wielu nie uciekło. Zajmowali się niedobitkami. Wrakami. Jeńcami.
Tak należałoby to zrobić. Położenie wymarzone. Pośrodku terenów działkowych. Prawie zatęsknił za tym.
Biegł dalej, w stronę pagórka po drugiej stronie. Wciąż widział sceny wojenne. Obrazy innego rodzaju. Zalanych krwią ludzi. Poparzone twarze. Porozrywane części ciała. Mężczyzn w podartych półwojskowych mundurach, którzy krzyczeli po arabsku. Ich dowódców z pistoletami w rękach i odznakami na naramiennikach, krzyczących: Imshi - naprzód.
Czołgających się żołnierzy. Rannych. Dymiące ciała.
Wszędzie.
W panice.
Wykrzywione twarze. Ziejące rany. Puste oczy.
Shit.
Biegł dalej. W dół, ku wodzie.
Gałęzie kryły alejkę jak sklepienie. Podążał w stronę jakiegoś osiedla.
Czuł, jak ogarnia go zmęczenie. Sprawdził zegarek. Biegł już dwadzieścia jeden minut. Zarejestrował czas w połowie dystansu. Pora wracać. Oddech spokojny. Wytrzyma jeszcze raz ten teren z ogródkami działkowymi?
Pomyślał: jak właściwie ze mną jest? Służba w DynCorpie oddziaływała na psychikę, o tym wiedział. Dość się nasłuchał opowieści o facetach, którzy nie dali sobie rady z powszednim życiem w swoich krajach.

Jeszcze najwyżej dwieście metrów do bramy. Zwolnił. Ostatni kawałek już szedł. Niech spadnie cukier we krwi. Oddech się wyrówna. Uwielbiał swoje gadżety. Oddychający materiał, koszulka nie zatrzymywała potu.
Niebo błękitne, czyste. Na skwerach soczysta zieleń.
Wtedy go spostrzegł. Na szafce kablowej.
Kurwa mać.
Myślał, że w Szwecji ich nie ma.
Tam, na południu, roiło się od nich. Ale to różnica - wtedy był we wzmacnianych kevlarem spodniach kammo, wpuszczonych w twarde, wysokie army boots. Uzbrojony - jeśli zbliżyły się za bardzo, nie miał dla nich litości. Substancją tych ich małych móżdżków spryskiwał żwir. Wtedy mu prawie nie wadziły.
Ale teraz.
Szczur gapił się.
Niklas stał bez ruchu.
Bez kamaszy - w niskich butach biegowych Mizuno.
Bez wzmacnianych spodni wpuszczanych w cholewę - tylko w szortach.
Bez pistoletu.
Szczur nieruchomy. Wielki jak kot, pomyślał.
Panika wolno narastała.
Ktoś się poruszył za drzwiami w bramie.
Szczur zareagował. Zeskoczył z szafki.
Zniknął za węgłem budynku.
[...]
Niklas otworzył drzwi i wszedł. W środku jakaś dziewczyna właśnie wyrzucała śmieci. Miała może dwadzieścia pięć lat, ciemne długie włosy, czarne jak węgiel brwi, brązowe oczy. Ładna. Może była haij, jak tam, na południu, Amerykanie nazywali arabskich cywilów.
Ruszył po schodach w górę. Spocony. Ale raczej nie z powodu zmęczenia po biegu. Prędzej od szczurzego szoku.
Dziewczyna szła za nim. Przebierał w pęku swoich kluczy.
Ona stanęła przed swoimi drzwiami, na tym samym piętrze. Popatrzyła na niego. Otworzyła drzwi.
Ubrana w spodnie dresowe, obszerną bluzę ze ściągaczem i flip-flopsy.
Wtedy zrozumiał - to przecież jego sąsiadka. Powinien się przedstawić, choć nie wiedział, jak długo tutaj zostanie.
- Dzień dobry, może się przedstawię - zaczął.
Właściwie zanim się zorientował, usłyszał własny głos mówiący:
- Salam alejkum. Kef alek?
Jej twarz przybrała nagle całkiem inny wyraz - szeroki, zdziwiony uśmiech. Jednocześnie: wzrok wbity w podłogę. Rozpoznawał to zachowanie. Tam, na południu, kobieta nigdy nie patrzyła w oczy mężczyźnie, z wyjątkiem prostytutek.
- Mówisz po arabsku?
- Tak, trochę. W każdym razie potrafię pogawędzić z sąsiadką.
Zaśmiali się oboje.
- Miło mi. Nazywam się Jamila, pewnie będziemy się spotykać, w pralni i w ogóle.
Niklas powiedział jej, jak się nazywa.
Jamila zaczęła zamykać drzwi. Powiedziała:
- Do zobaczenia. - Potem weszła do siebie.
Niklas na klatce, przed swoimi drzwiami.
Trochę jakby ucieszony. Mimo szczura, którego zobaczył na dole.

Cztery godziny później w kuchni: on i mama. Niklas pił coca-colę. Ona przyniosła butelkę wina. Na stole torebka z ciastkami migdałowymi, które też kupiła. Wiedziała: Niklas je uwielbia, ten suchy słodki smak, gdy ciastko przykleja się do podniebienia. Przysmak dla emerytów, uważała mama. Śmiał się.
Mieszkanie było umeblowane oszczędnie. W kuchni zniszczony drewniany stół. Pełen okrągłych śladów po zbyt gorących kubkach. Cztery krzesła - koszmarnie niewygodne. Niklas powiesił T-shirt na oparciu krzesła matki, żeby było jej wygodniej.
- No, to opowiedz. Co tam się właściwie wydarzyło?
To podziałało jak naciśnięcie guzika. Matka pochyliła się nad stołem, jakby w ten sposób mógł lepiej słyszeć. Wylało się z niej. Bezładnie i emocjonalnie. Mętnie i lękliwie.
Opowiedziała, jak obudziła ją sąsiadka. Usłyszała od niej, że coś się stało w piwnicy. Potem zjawiła się policja. Informowali wszystkich: „Nie ma powodu do niepokoju, proszę państwa". Zadawali dziwne pytania. Sąsiedzi stali na zewnątrz, na ulicy. Rozmawiali ściszonym, wystraszonym głosem. Policja odgrodziła cały kwartał. Dźwięk syren na ulicy. Uwijający się uzbrojeni policjanci. Robili zdjęcia na klatce schodowej, w piwnicy, na zewnątrz. Musiała okazać dowód tożsamości. Podać swój numer telefonu. Potem widzieli, jak z piwnicy zabierają na noszach zawinięte ciało.
Między słowami pociągała wino. Zwieszała krzywo głowę nad kieliszkiem. Jej wadliwą postawę widać było nawet, gdy siedziała.
No i dziś wzięli ją na przesłuchanie. Wypytywali. Czy domyśla się, kim może być zamordowany? Dlaczego w jej kamienicy leżał trup mężczyzny? Czy coś słyszała, widziała? Czy ktoś z sąsiadów ostatnio zachowywał się dziwnie?
- To było nieprzyjemne?
- Bardzo. No, sam pomyśl. Policja cię przesłuchuje, jakbyś był zamieszany w morderstwo albo bóg wie co. Pytali mnie raz po raz, czy nie wiem, kto to może być. A niby skąd mam wiedzieć?
- Znaczy, nie wiedzą, kto to jest?
- Nie mam pojęcia, ale zdaje się, że nie. Bo by się tak nie dopytywali. Straszne to. Jak oni mogą czegoś takiego nie wiedzieć? Co za pożytek z tej policji?
- Widziałaś tego zabitego?
- Tak. A zresztą nie. Widziałam coś, co mogło być twarzą, ale oni tak wszystko pozakrywali. Sama nie wiem. Zdaje się, że to był mężczyzna.
- Mamo, chciałbym poprosić cię o jedną rzecz. To może zabrzmi trochę dziwnie, ale naprawdę chciałbym, żebyś o tym pamiętała. Wiesz, z moją przeszłością byłoby lepiej, gdybyś...
Przerwał. Dolał sobie coli. Zabulgotało w puszce.
- ...Nie chcę, żebyś mówiła policji o mnie. Nie wspominaj lepiej, że wróciłem. Nie mów, że u ciebie mieszkałem. Możesz mi to obiecać? - Niklas podniósł wzrok na Catharinę.
Siedziała bez słowa. Patrzyła na niego.

 

Fragment 2

Jeszcze jedna noc w radiowozie. Thomas prowadził spokojnie. Pozwalał dłoniom spoczywać na [...]
kierownicy. Wiedział, że w domu będzie awantura o to, że wziął na cały tydzień nocną zmianę. Właściwie nawet mógł się obejść bez dodatku za pracę w nocy - chociaż powiedział Åsie, że o to mu chodzi. Zwyczajna pensja komisarza była mniej warta niż jedna dziesiąta narkotyków, które on konfiskował w jeden wieczór. To jest kpina. Obelga. Splunięcie w twarz tym wszystkim uczciwym facetom, którzy wiedzieli, co naprawdę należy robić. Jeżeli sobie to na boku odbijali, to im się słusznie należało.

Było ich pięciu, sześciu gości, którzy na zmianę urządzali te objazdy. Krążyli po okolicach Skärholmen, Sätry i Bredäng. Klęli na rozwój sytuacji. Nie dbali o poprawność polityczną i to lewackie, zakłamane sranie w banie. Nie mieli złudzeń, jak naprawdę to wygląda - albo ich zgnoisz, albo kładź się i umieraj.
Jego partner tego wieczoru, Jörgen Ljunggren, siedział na miejscu pasażera. Zmieniali się zazwyczaj około drugiej.
Thomas próbował liczyć. Ile to razy on i Ljunggren jechali tak jak teraz pod wolno ciemniejącym letnim niebem. Nie rozmawiając więcej niż potrzeba. Ljunggren ze swoim papierowym kubkiem z kawą, trzymanym o wiele za długo - aż kawa całkiem mu stygła i musiał gnać do najbliższego nocnego sklepiku po więcej. Thomas najczęściej pogrążony w rozmyślaniach. Zwykle o swoim samochodzie w domu: o cynkowaniu jakiegoś oryginalnego detalu, częściach tylnego dyferencjału, nowym obrotomierzu. Własnym projekcie, do którego tęsknił. Albo też tęsknił za strzelnicą. Właśnie niedawno sprawił sobie nowy pistolet - Strayer Voigt Infinity, dostosowany specjalnie do jego wymagań. W tym sensie Thomas był szczęśliwy, miał więcej niż tylko jeden dom. Najpierw radiowóz z kolegami. Potem to własne auto w domu. Następnie klub strzelecki. I w końcu, może, ten dom w domu - willę na Tallkrogen*.
[...]
Z Ljunggrenem Thomas czuł się dobrze - fajnie jest z ludźmi, którzy za dużo nie gadają. Mielenie ozorem to tylko bicie piany. Więc milczeli. Czasami wymieniali znaczące spojrzenia, kiwali głową, rzucali półsłówka. To wystarczało. Było im z tym dobrze. Mieli podobne doświadczenia. Podobny sposób rozumienia świata. Niezbyt skomplikowany: są tu po to, żeby uprzątać brud, który zalewa ulice Sztokholmu.
Jörgen Ljunggren był jednym z dobrych glin. Takim, którego warto mieć koło siebie, jakby co.
Thomas czuł się odprężony.
Z radia sypały się komendy. Sztokholmska policja używała zamiast jednego dwóch pasm częstotliwości: systemu 80 na City/Rejon Południe/Rejon Północ oraz systemu 70 na resztę. To samo dotyczyło całej instytucji. Nieefektywność to przy tym mało powiedziane - dwa systemy zamiast jednego. Jeszcze się nie ocknęli, nie dotarło do nich, że czasy się zmieniły. Nie da się wciąż dreptać w miejscu. Raz po raz myślał o tym samym: teraz żulia na mieście organizuje się w całkiem nowe struktury. Tu już nie chodzi o paru jugoli albo zmęczonych fińskich zakapiorów. Dzisiejsze draństwo było updatowane.
Profesjonalne, międzynarodowe, multikryminalne. Potrzebne były nowe środki. Szybsze. Cwańsze. Ostrzejsze. A kiedy tylko ktoś próbował coś zrobić, media od razu w krzyk, jakby te nowe prawa były po to, żeby wyrządzać ludziom krzywdę.
Radio zatrzeszczało. Potrzebowali kogoś do złodziejaszka złapanego w całodobowym spożywczaku w Sätra.
Popatrzyli na siebie. Szydercze uśmieszki. Takie gówniane zlecenie, w życiu - niech się tym zajmie jakiś zielony aspirant. Nie odpowiedzieli. Pojechali dalej.
Zbliżali się do Skärholmu.
Thomas zredukował bieg na dwójkę, przyhamował.
- Planujemy znowu na święta gdzieś wyjechać.
Ljunggren skinął głową.
- I dobrze. A dokąd?
- Nie wiem. Ona by chciała do ciepłych krajów. W zeszłym roku byliśmy na Sycylii. Taormina. Cholernie fajnie.
- Wiem. Potem przez trzy miesiące o niczym innym nie gadałeś.
Pauza na śmiech.
Thomas odbił w kierunku szkoły, Storholmsskolan, za centrum Skärholmu. Zawsze tam warto rzucić okiem na boisko. Gówniarze mieli w zwyczaju złazić się w to miejsce wieczorami - siadać na oparciach ławek, kręcić spliffy, jak to mówili, jarać i cieszyć się tym swoim krótkim życiem.
Niezła ironia: te same szczyle, które całe dnie spędzały na wagarach, teraz ściągały na szkolne boisko - żeby sobie wypalać mózgi. I sami sobie byli winni, kiedy pięć lat później dalej siedzieli na tych samych ławkach - jako bez robotni. Narzekając, że to wina społeczeństwa. Zaczynały się cięższe używki: bimber, hasz, amfa. Jak mieli pecha: horse. Efekty nie kazały na siebie czekać. Choroby, depresje, odjazdy. Degrengolada na całego. Zasiłki i pomoc społeczna. Drobna dilerka i włamania w domkach szeregowych. Ich rodzice też byli sobie winni - trzeba było zawczasu prać w pysk. Policja była sama sobie winna - należało od razu interweniować. Społeczeństwo: samo sobie winne - jak się zgromadzi tyle hołoty w jednym miejscu, to jasne, że będą problemy.
[...]
Latarnie na dziedzińcu widać było z daleka. Budynek szkoły z szarego betonu leżał w ciemności za boiskiem jak wielki klocek lego.
Zatrzymali radiowóz. Wysiedli.
Ljunggren wziął do ręki białą pałkę. Zupełnie niepotrzebnie - ale słusznie. Wątła teleskopowa pałka nie zawsze wystarczała.
Na boisku nie było nikogo.
- Maria to zawsze ma te swoje ambicje kulturalne. Chce do Florencji, Kopenhagi, Paryża, chuj wie gdzie. Nie ma tam nawet nic ładnego, żeby se popatrzeć.
- Możesz se popatrzeć na Monę Lisę.
Śmiech, znowu.
- Pewnie, bo ona, kurwa, piękna jak worek kartofli.
Thomas pomyślał: Ljunggren powinien mniej przeklinać, a częściej pokazywać żonie, kto u nich rządzi.
Powiedział:
- Dla mnie ona jest świetna.
- Która? Mona Lisa czy moja żona?
Więcej śmiechu.
Dziś na boisku wyjątkowo było pusto. Oprócz placu do gry w koszykówkę. Pod jednym z koszy stał zaparkowany czerwony opel.
Thomas zapalił swojego maglite'a. Trzymał latarkę na wysokości głowy. Skierował światło na tablicę rejestracyjną: OYU 623.
Powiedział:
- To jest samochód Kenta Magnussona, nie muszę nawet sprawdzać w rejestrze. Zgarnęliśmy go kiedyś razem?
Ljunggren powiesił pałkę z powrotem u pasa.
- Nie żartuj sobie. Zwijaliśmy go chyba z dziesięć razy. Skleroza cię łupie czy jak?
Thomas nie odpowiedział. Podeszli do auta. Zamajaczyło słabe światło. Ktoś się ruszał na przednim siedzeniu. Thomas się pochylił. Zapukał w szybę. W środku zapadła ciemność.
Dobiegł stamtąd głos.
- Spierdalaj!
Thomas odchrząknął.
- Nigdzie nie idziemy. To ty tam jesteś, Magnusson? Tu policja.
Głos z samochodu.
- Kurwa, no. Nic dzisiaj nie mam. Jestem czysty jak wódka.
- Okej, Kent. W porządku. Ale wyjdź jednak, pogadamy.
Niewyraźne przekleństwa w odpowiedzi.
Thomas zapukał ponownie, tym razem w dach. Trochę mocniej.
Drzwi się otworzyły - smród z samochodu: dym, piwo, szczyny.
Thomas i Ljunggren stali w rozkroku. Czekali.
Pokazał się Kent Magnusson. Nieogolony, zmierzwione włosy, popsute zęby, opryszczka na ustach. Wytarte dżinsy opuszczone na pół masztu - koleś powinien je podciągnąć z pół metra, żeby się w nich nie zaplątać. T-shirt z reklamą Sztokholmskiego Festiwalu Wody musiał mieć ze sto lat. Rozpięta koszula w kratkę na T-shircie.
Ćpun w każdym calu. Zniszczony jeszcze bardziej, niż kiedy Thomas widział go ostatnio.
Zaświecił mu w oczy.
- Siemasz, Kent. Jak bardzo jesteś naćpany?
Kent wymamrotał:
- Nie, nie. Wcale. Zarzucam sobie odwyk.
Oczy miał rzeczywiście niezmącone. Źrenice normalne - skurczyły się, gdy trafił w nie snop światła.
- Zarzucasz sobie to i owo, jak cię znam. Co masz przy sobie?
- Nie, seryjnie. Nic nie mam, zero towaru. Chcę z tym skończyć. Jak bum cyk cyk.
Ljunggren stracił cierpliwość.
- Nie pierdol, Kent. Wyciągaj lepiej, co masz, to wszystko pójdzie jak po maśle. Bez żadnych afer, kitu i ściemniania. Ja dzisiaj jestem cholernie zmęczony. Dość mam bredni. Może potraktujemy cię ulgowo. Kapujesz?
Thomas pomyślał: niezły numer z tego Ljunggrena, z żulami umiał pogadać więcej niż z nim przez cały wieczór w radiowozie.
Kent robił głupie miny. Jakby się zastanawiał.
- Nie, no słowo daję. Pusty jestem.
Ćpun najwyraźniej szedł w zaparte. Thomas powiedział:
- Kent, bo ci przeszukamy furę. Żebyś wiedział.
Kolejna seria głupich min.
- Co, kurde, wam nie wolno robić przeszukania bez nakazu. Nie widzieliście żadnego towaru ani nic. Nie macie prawa mi grzebać w samochodzie, sami wiecie.
- Wiemy, ale to chromolimy. Sam wiesz, jak jest.
Thomas popatrzył na Ljunggrena. Kiwnęli do siebie głowami. Żaden problem napisać potem w raporcie, że kiedy otworzyli drzwi, Kent próbował schować coś w samochodzie. Albo że widzieli, że jest na haju. Albo cokolwiek - zawsze mieli jakieś uzasadnione podejrzenie. Spoko.
Ich misja oczyszczania miasta była ważniejsza niż protesty jakiegoś marudnego ćpuna.
Ljunggren wlazł do auta i zaczął szukać. Thomas wziął ćpuna na bok. Miał na wszystko oko.
Kent się zapienił:
- Co wy, kurwa? Nie wolno wam tak robić. Przecież wiecie.
Thomas zachował spokój. Nie było o co szarpać sobie nerwów.
- Uspokój się - powiedział tylko.
Ćpun warknął coś. Może: psy jebane.
Thomas miał niską tolerancję dla takich jak on.
- Coś ty powiedział?
Kent znowu coś odburknął. Jak koleś protestuje czy się rzuca, to jedna rzecz. Ale nie będzie mu taki ubliżał.
- Coś ty powiedział, pytam?
Kent zwrócił twarz w jego stronę.
- Psy jebane.
Thomas go kopnął, mocno, pod kolanem. Facet się sypnął jak domek z kart.
Ljunggren wyjrzał z samochodu.
- Wszystko okej?
Thomas obrócił Kenta. Brzuchem do ziemi, ręce z tyłu. Zacisnął mu kajdanki. Jedną nogą stanął na jego plecach. Zawołał do Ljunggrena:
- No pewnie, wszystko cool.
Potem do ćpuna:
- Leż, ścierwo.
Kent leżał bez ruchu.
- Pan weźmie poluzuje te kajdanki, proszę. Bo zajebiście boli.
Wyraźnie uznał, że czas spuścić z tonu.
Pięć minut później Ljunggren coś zawołał. No jasne, znalazł w samochodzie dwa woreczki strunowe z haszyszem. Tak jak się spodziewali. Ljunggren podał dilpaki Thomasowi. Ten sprawdził - w jednym dziesiątka, w drugim około czterdziestu gramów.
Thomas uniósł do góry głowę Kenta.
- I co teraz powiesz?
Ćpun śpiewał już cieńszym głosem. Tak jak Vanheden z filmu Gang Jönssona.
- Bądź pan człowiekiem, panie inspektorze*, ktoś mi musiał podrzucić. Nic nie wiedziałem, że to jest w samochodzie. Zaraz, gdzie on właściwie to znalazł? Nie moglibyście dać se luzu? Bądźcie ludźmi.
Okej. Pięćdziesiąt gramów haszu to w gruncie rzeczy drobiazg. Tym razem ujdzie mu na sucho. Thomas powiedział:
- Niech ci będzie.
Wziął torebki. Włożył je sobie do wewnętrznej kieszeni.
- Ale na przyszłość mi nie kłam. Rozumiesz?
- Nie będę. Obiecuję. Piękne dzięki. Kurde, jesteście spoko goście. W pytę, no. Naprawdę, równi z was faceci.
- Daj se już spokój, przestań. Masz tylko nie kłamać. Zachowuj się jak mężczyzna.
Dwie minuty później. Kent podnosił się z kolan.
Thomas i Ljunggren wracali do radiowozu.
Ljunggren spytał Thomasa:
- Wyrzuciłeś ten szajs?
Thomas skinął głową.
Kent wsiadł do swojego opla. Zapalił silnik. Podgłośnił stereo. Ulf Lundell: „Oh la la, chcę być z tobą". Ćpunowi upiekł się właśnie jakiś miesiąc odsiadki - pomimo straty haszu cieszył się jak dziecko.

 

Fragment 1

Abbou - na Mahmudzie zrobiło to wrażenie. Gdyby ktoś go spytał: Mahmud nie z tych, co tracą głowę na widok wypasionej fury, szpanerskich bling-blingów czy harmonii szmalu. On: facet, który jeździł audi, zanim sprawa się jebła. Shunne, który opylał preparatu za sto baniek miesięcznie. Góra mięśni. Pies na lolitki. Legenda Projektu Milion.
Ale tu czuł się jak nowicjusz. Siedzieli na najdroższych miejscach, koło ringu. Żeby w ogóle móc kupić takie miejsca, musisz być kimś w Szwecji Fighterów. A sam król, który to załatwił, to bez wątpienia ktoś - król królów, Radovan.
Miało być elegancko, skoro boss jugoli jest obecny himself. Tego wieczoru miało się rozstrzygnąć kilka ważnych walk. Zwycięzców trudno było wytypować, innymi słowy: szło o ciężki cash. Jasne, że boss chciał widzieć z bliska, jak na ringu goście wgniatają sobie kości czołowe i jak szmal sam mu wpada do kieszeni.
[...]
Masters Cup, według reguł K1. Nazwa K1 obejmowała cztery k: karate, kung fu, kickboxing i karate knockdown - na równych prawach. Ale właściwie dopuszczalne były także inne style. Twarde bestie, które rządziły ringiem we własnych klubach, tu zwlekały się z maty potrzaskane. Fighterzy z nagimi torsami młócili się tak mocno, że czuło się to aż na samej górze trybun. Olbrzymi faceci z Europy Wschodniej nokautowali szwedzkich imigrantów jednego po drugim: wybijali szczęki kolanem, wyrywali ręce ze stawów, łamali nosy łokciem. Publika wyła. Gladiatorzy ryczeli jak lwy. Sędziowie próbowali przerwać serie ciosów, które by powaliły nosorożca.
Fighterzy pochodzili ze Szwecji, Rumunii, byłej Jugosławii, Francji, Rosji i Holandii.
[...]
Toczyli walki o tytuły i o to, kto przejdzie dalej, do wielkich zawodów K1 w Tokio.
Osiem miejsc dalej, w tym samym rzędzie, Mahmud mógł widzieć Radovana. Przejęty jak wszyscy. A jednocześnie il padre zachowywał spokój, nie tracił godności, nie demonstrował na zewnątrz podniecenia. Marką jugoli była godność, a to oznaczało respekt. Koniec, kropka.

Mahmud przybył na halę dużo wcześniej, już za dwadzieścia szósta. Ludzie na zewnątrz stali w kolejkach po bilety ze zwrotów. Kontrola bezpieczeństwa dokładniejsza niż na lotniskach. Jedyny plus: tu ich nie obchodziło, że jest muzułmaninem. Musiał przejść przez bramkę, wyłożyć na taśmę pasek, klucze i komórkę, przejechali po nim ręcznym wykrywaczem metalu. Obmacali w kroku, jak pedały.
Punkt szósta zasiadł na widowni w fotelu z właściwym numerem. Dokoła niego nikt jeszcze nie siedział. Dużo za wcześnie. Serbowie kazali mu czekać. Myśli Mahmuda pomknęły w niechcianym kierunku. Już prawie tydzień od koszmaru w tamtym zagajniku. Strup na policzku zagoi się bezproblemowo. Ale rana na jego honorze - nie był pewien. Chociaż właściwie był, istniało tylko jedno wyjście. Mężczyzna, który pozwala się podeptać, to żaden mężczyzna. Ale jak, kurwa, ta wendetta miałaby wyglądać? Gürhan jest wiceprezydentem w Born to be hated. Starczy, że Mahmud choćby krzywo spojrzy, a skończy jak Luca Brasi.
Poza tym: Daniel, Syryjczyk, który wciskał mu do ust rewolwer, zadzwonił przedwczoraj. Spytał, dlaczego Mahmud jeszcze nie zaczął spłacać długu. Odpowiedź była właściwie oczywista: nie ma szans, żeby Mahmud przez trzy dni uzbierał tyle hajsu. Daniel oznajmił mu, że to pierdoli - to nie jest problem Gürhana. Mahmud mógł przecież pożyczyć? Mahmud mógł przecież sprzedać swoją matkę, swoje siostry? Dali mu tydzień. Potem miał przynieść im pierwszą ratę: sto tysięcy cashu. Tego nie dało się odkręcić. Miał maksymalnie przerąbane. Może jugole byli jego szansą.
A jednocześnie: niechęć. Pomyślał o rozmowie z tatą parę dni temu. Beshar był na wcześniejszej emeryturze. Przedtem przez dziesięć lat harował - on, inżynier technolog, budowniczy metra - jako sprzątacz. Zniszczył sobie kolana i kręgosłup. Walczył dla svennar, za friko. Dumny. Taki dumny.
- Zawsze płaciłem podatek, jak należy, co do korony, i tak powinno być - mawiał.
Klasyczna odpowiedź Mahmuda:
- Tata, ty jesteś loser. Nie kapujesz? Svennar ci za to nic a nic nie dali.
- Ty mnie w ten sposób nie nazywaj. Rozumiesz? Nieważne, Szwedzi to czy Szwedzi tamto. Powinieneś wziąć się za jakąś robotę. Jak mężczyzna. Wstyd mi tylko przynosisz. Nie mogą czegoś ci załatwić przez ten zespół kuratorski?
- Do kitu z takim życiem nine-to-five. Popatrz na mnie, zobaczysz, że będę kimś bez tej roboty i całego tego szajsu.
Beshar tylko kręcił głową. Nie kapował.
Mahmud to wiedział już wtedy, gdy z Babakiem kradł swoje pierwsze wafle w czekoladzie. Czuł to w całym ciele, kiedy na korytarzu napadali na tych z siódmej klasy i zabierali im komórki, i kiedy pod świetlicą jarał swego pierwszego spliffa. Nie był stworzony do innego życia. Nie będzie pełzał na kolanach. Przed kuratorami z ośrodka. Przed Gürhanem. Przed nikim ze svenssońskiej Szwecji.
[...]

Dwadzieścia pięć minut później, już w trakcie pierwszego fightu, walki juniorów: Stefanović usiadł obok niego. Nie podali sobie ręki, facet się nawet w jego stronę nie odwrócił. Powiedział tylko:
- Miło, że przyszedłeś.
Mahmud oglądał dalej walkę. Nie wiedział, czy ma się odwrócić w stronę Stefanovicia, czy rozmowa ma się toczyć dyskretnie.
- Jasne. Jak wy prosicie, to się przychodzi. Nie?
Stefanović także wciąż patrzył na fight.
- Tak, zwykle tak bywa.
Siedzieli, milcząc pośród wrzawy.
Stefanović czasami zwracał się do gościa siedzącego po jego drugiej stronie. Mahmud go znał z widzenia. Ratko. To kumpel innego wielkiego jugola, z którym Mahmud trzymał sztamę, zanim poszedł siedzieć - Mrada. Śmierdząca sprawa, ci kolesie zawsze mówili Mahmudowi cześć, kiedy byli na siłowni, ale tutaj żaden nawet nie mrugnął okiem. Normalnie Mahmud nie pozwoliłby się tak traktować. Ale dziś potrzebował jugoli.
Obejrzał sobie lokal. Hala w Solnej: co najmniej cztery tysiące ludzi tłoczyły się na trybunach. Bodybuilderzy - niektórych pozdrawiał - młodzi blattar z nadwyżką adrenaliny w ciele i z żelem we włosach, freaki sportów walki, którzy kochali zapach krwi. Tańsze wersje jego samego. Bardzo się cieszył, że nie siedzi na górze, wśród nich. Na dole, przy samym ringu, inny gang. Więcej garniaków, więcej glamouru, więcej drogich zegarków Cartiera. Starsi, elegantsi, spokojniejsi. Przy nich dwudziestopięcioletnie laski w opiętych, wydekoltowanych topach, włosy z jasnymi pasemkami. Ponurzy ochroniarze i podwładni. Mahmud miał nadzieję, że się nie natknie na nikogo z bandy Gürhana.
Reflektory oświetlały każdego z wchodzących fighterów. Na jednej z bocznych ścian: wielkie flagi krajów biorących udział w walkach. Po przeciwległej stronie: logo K1 i transparent z pełną nazwą turnieju: Masters Cup - Rumble of the Beasts. Głośniki wywoływały nazwiska facetów, nazwy ich klubów i narodowości. Między walkami 50 Cent na cały regulator. Laski z silikonami, w spodenkach hot pants i ciasnych koszulkach reklamowych, obnosiły w przerwach tablice z numerem kolejnej rundy. Kręciły tyłeczkami, przechodząc po ringu, tak że publika wyła głośniej niż przy nokaucie.
Na środku ringu, w szampańskim humorze, stał konferansjer
wieczoru: Jon Fagert - legenda full kontaktu, obecnie
wbity w garnitur lobbysta sportów walki.
- Szanowni państwo, panie i panowie, to jest ten wieczór, na który wszyscy czekaliśmy. Wieczór, kiedy prawdziwy duch sportu, ostry trening i przede wszystkim twardy fighting spirit rozstrzygnie o tym, kto zwycięży. Nasza pierwsza prawdziwa walka o tytuł mistrza zostanie stoczona w klasie K1 Max. Jak wszyscy państwo na pewno wiedzą, zawodnicy w tej podkategorii nie mogą ważyć więcej niż siedemdziesiąt kilo. Zapraszam na ring dwóch fighterów, którzy mają na swoim koncie wiele imponujących zwycięstw. Pierwszy z nich wygrał trzy razy pod rząd krajowy turniej holenderskiego Towarzystwa Thai Boxingu, piekielnie szybki specjalista od kopnięć piętą i swoich słynnych prawych prostych. Drugi - legendarny fighter Vale Tudo, który ma za sobą ponad dwadzieścia nokautów. Ernesto Fuentes z klubu Muay One w Amsterdamie versus Mark Michaleusco z NHB Fighters Gym w Bukareszcie - przywitajcie ich oklaskami!
W zgiełku braw Stefanović rzucił w powietrze, jakby rozmawiał sam ze sobą:
- Ten dupek na ringu, Jon Fagert, to pajac. Wiedziałeś o tym?
Mahmud zachował się tak samo - to jasne, Stefanović nie chciał, żeby cała publiczność widziała, że ze sobą gadają. Popatrzył, jak Ernesto Fuentes i Mark Michaleusco robią ostatni stretching przed walką. Potem powiedział przed siebie:
- Dlaczego?
- Nie dociera do niego, kto ten cały cyrk finansuje. Jemu się zdaje, że to jakaś dobroczynność. A przecież nawet taki zawodnik jak on powinien rozumieć, że jak się włożyło w coś forsę, to chce się coś z tego mieć. Tak czy nie?
Mahmud właściwie nie słuchał, tylko przytakiwał.
Stefanović ciągnął:.
- Myśmy tę branżę zbudowali. Kapujesz? Siłownię, na której trenujesz, Pancrease, HBS Haninge Fighting School i te inne lokale. Rekrutujemy stamtąd dobrych ludzi. Dzięki nam tacy jak on i inni zapaleńcy mogą się pobawić. À propos, obstawiłeś zakład?
Cała dyskusja była podejrzana. Mogli nawijać o byle czym. Stefanović miał twarz pokerzysty. Cały czas: zimny jak lód.
Mahmud odpowiedział:
- Nie, który jest lepszy?
- Holender, postawiłem czterdzieści baniek na Holendra. On ma w łapach dynamit.
Publiczność siedziała jak na szpilkach. Walka się zaczęła.
Mahmud nie był całkiem zielony. Czasem oglądał walki na Eurosporcie. Zwykły sport go nie interesował, nie było w tym nic dla niego. Ale oglądanie fighterów w TV dawało mu zastrzyk adrenaliny.
Rumun zachwycał techniką: speedem, tajmingiem, pracą nóg. Świetne kopniaki z półobrotu i z wyskoku à la Bruce Lee. Serie ciosów szybkie jak Keanu Reeves w Matriksie. Zbicia ciosów klasy światowej. Nie ma co gadać: Stefanović straci ten swój hajs.
Przewaga utrzymała się do końca pierwszej rundy.
Rozbrzmiała muzyka: gangsta rap na cały regulator. Coache zwilżali twarze zawodników. Nacierali ich wazeliną, żeby ciosy łatwiej się ześlizgiwały. Jakaś laska popylała przez ring po przekątnej. Niosła nad głową tablicę z dwójką.
Uderzył gong. Fighterzy weszli na ring. Odczekali parę sekund. Potem się zaczęło. Rumun wciąż imponował. Wymierzył idealny roundkick w głowę Fuentesa. Facet padł na kolana. Sędzia liczył.
Raz, dwa.
Publika wrzeszczała.
Ślina Holendra: jak pajęcza nić z ust na podłogę.
Trzy, cztery.
Mahmud widział w życiu wiele zadym. Ale to tutaj - perfekcja.
Pięć, sześć.
Fuentes podniósł się. Powoli.
Publika wyła.
Zostało jeszcze parę sekund drugiej rundy. Dudniły odgłosy uderzeń. Rumun wyprowadził serię trzech ciosów. Holender cofnął szczękę, osłonił twarz obiema rękawicami. Poradził sobie.
Mahmud spojrzał z ukosa na Stefanovicia. Jugol miał kamienną twarz. Ani śladu paniki z powodu czterdziestu kawałków, które najwyraźniej za moment miał stracić.

Zaczęła się trzecia runda.
Coś się stało. Rumun kopał jak w slow motion. Wyglądał na zmęczonego. Ale Mahmud widział go z bliska - facet nie był nawet zdyszany. To musiała być ściema. Jakim cudem? Miażdżąca przewaga dwie minuty temu, a teraz rusza się tak, jakby to on przed chwilą był liczony. Ktoś przecież powinien zareagować.
Fuentes stopniowo przejmował inicjatywę. Ciężkie ciosy, ostre lowkicki i szybkie kopnięcia na głowę. Rumun walczył jak baba. Cofał się do narożnika przed każdą ofensywą. Wymachiwał rękami przed twarzą, nawet nie sięgając do nosa Holendra.
To była żenada. Wyglądało jak mecz amerykańskiego wrestlingu. Na niby.
Mijała runda za rundą. Goście na ringu byli coraz bardziej zmęczeni.
Mahmud miał niezły ubaw. Nawet jeżeli walka jest sprzedana, to Stefanović zgarnie sporą kasę, a jego szef, R, przypuszczalnie jeszcze więcej.
Rozległ się dźwięk gongu. Koniec walki. Rumun ledwie się trzymał na nogach. Sędzia chwycił ich za rękawice.
Podniósł rękę Ernesta Fuentesa.
Stefanović pierwszy raz odwrócił się ku Mahmudowi. Jego uśmiech był ledwie widoczny na ustach - ale oczy miał rozmigotane.
- Okej, zaraz porozmawiamy o biznesie. Następna walka to prawdziwy superfight. Mówię ci, to są giganci, supermeni. To dla tej walki wszyscy dziś tu przyszli. Publiczność będzie w ekstazie. Ogłuszający doping dla Szweda. Wtedy pogadamy. Jak wszyscy skoncentrują się na walce i nikt nas nie usłyszy. Kapujesz?
Mahmud kapował. Za moment miała nadejść jego szansa. Niech ten cwel Gürhan się buja. Mahmud wchodzi w deal z jugolami.

Sztokholm Noir
26 stycznia 2010

recenzja na stronach esensja.pl

recenzja na stronach valkiria.net
18 stycznia 2010

zapraszamy do przeczytania recenzji na stronach: valkiria.net

wywiad na stronach kurierlubelski.pl
18 stycznia 2010

zapraszamy do przeczytania wywiadu na stronach: kurierlubelski.pl

recenzja na stronach ksiazka.net.pl
4 stycznia 2010

zapraszamy do przeczytania recenzji na stronach: ksiazka.net.pl

recenzja na stronach Dziennika
21 grudnia 2009

zapraszamy do przeczytania recenzji na stronach: dziennik.pl

recenzja Marty Mizuro, czytelnia.onet.pl
21 grudnia 2009

zapraszamy do przeczytania recenzji na stronach: czytelnia.onet.pl

recenzja na stronach dlastudenta.pl
21 grudnia 2009

zapraszamy do przeczytania recenzji na stronach: dlastudenta.pl

recenzja na stronach kolporter.pl
4 grudnia 2009

zapraszamy do przeczytania recenzji na stronach: kolporter.pl

wywiad na stronach zbrodniawbibliotece.pl
26 listopada 2009

zapraszamy do przeczytania wywiadu na stronach: zbrodniawbibliotece.pl

recenzja na stronach salonkulturalny.pl
23 listopada 2009

zapraszamy do przeczytania recenzji na stronach: salonkulturalny.pl

Brak zdjęć w galerii

Kupujący tę książkę wybrali jeszcze

© 2009 WAB. Wszelkie prawa zastrzeżone KontaktNewsletterBiuro prasoweO Wydawnictwie

zamknij okno Zaloguj się do księgarni lub zarejestruj nowe konto

Logowanie do księgarni

Rejestracja nowego konta