Klub detektywów "Huragan" i straszliwa piwnica
Jari Mäkipää
Wabiki - literatura dla dzieci,
seria: cykle dla młodszych i starszych
premiera: lipiec 2010
wydanie: I
tytuł oryginału: Etsiväkerho Hurrikaani ja kammokellari
gatunek: powieść
przekład: Iwona Kosmowska
oprawa: miękka
format: 12,5 x 20,2 cm
liczba stron: 144
ilustracje: Jii Roikonen
ISBN 978-83-7414-729-3
Od czasu rozwiązania ostatniej zagadki Klub Detektywów „Huragan" powiększył się o dwóch członków: Karoliinę i Matiasa. Teraz wszyscy mają nadzieję, że wreszcie coś się wydarzy. Może w Haloween?
Za oknami szaleje jesienna burza. Uczniowie i nauczyciele z Pihlakylä zebrali się, by świętować noc duchów. Za niepozornymi drzwiami sali gimnastycznej ciągną się skrzypiące schody, które prowadzą do piwnicy. Co kryje się w gęstwinie pajęczyn i kurzu? I gdzie podział się jeden z pierwszoklasistów?!
Czwórkę bystrych adeptów sztuki detektywistycznej czekają nowe fascynujące przygody. Jenni, Jesse i ich przyjaciele przeżyją chwile prawdziwej grozy. Dowiedzą się, co ukrywa i podejrzany dyrektor Brodacz i co stało się z jego poprzednikiem. W wydarzeniach wezmą udział także: nauczycielka Haapaniemi, jej wielka miłość Atte Viima i kucharka Anita Serowa. Okaże się, że szkoła bywa niezwykłym miejscem, jeśli tylko przyjrzeć się jej uważnie.
Jenni podniosła się ostatnia. Wychodziła już na dywan szeleszczących liści i prawie zamknęła za sobą drzwi, gdy nagle jej wzrok natrafił na notes. Leżał wciąż na drewnianej skrzyni. Przez chwilę przyglądała mu się z wahaniem, a potem zawróciła, schowała go do tylnej kieszeni dżinsów i wyszła, zamykając za sobą drzwi.
Czerwona drewutnia uśmiechnęła się z zadowoleniem. „Mądra dziewczyna" - pomyślała. Drewutnia wiedziała chyba więcej niż czwórka jej młodych przyjaciół. Zupełnie jakby się domyślała, że już wkrótce na kartkach niebieskiego zeszytu pojawi się więcej notatek niż kiedykolwiek wcześniej.
fragment
Fragment
Jesień bez przygód
16.25
Za domem Karhunenów stała dawna drewutnia. Wokół niej szeleściło morze liści mieniących się różnymi odcieniami kolorów: żółtego, czerwonego i pomarańczowego. Drewutnia sprawiała wrażenie zadowolonej. Po raz pierwszy od lat nie musiała się za siebie wstydzić w otoczeniu feerii barw. W wakacje przystrojono ją świeżą warstwą czerwonej farby, a dach uszczelniono. Szybki jedynego okienka lśniły, dokładnie umyte wodą z płynem. W drzwiach pojawiły się dwie nowe deski, a zamek starannie naoliwiono.
To wszystko było dziełem czwórki najlepszych przyjaciół drewutni, którzy także teraz siedzieli w jej czterech ścianach.
- I nic? - zapytała Jenni. - Czy naprawdę nikt z was nie wywęszył ani jednego nowego zadania?
W pomieszczeniu zapanowała cisza. Członkowie Klubu Detektywów „Huragan" siedzieli ciasno stłoczeni na stołkach, które sami sklecili w wakacyjnym szale remontowym.
Jenni spojrzała pytająco po kolei na każdego członka klubu. Jesse, jej brat bliźniak, bujał się na stołku i wkładał właśnie do ust ciastko czekoladowe. Naprzeciwko Jenni siedziała jej najlepsza przyjaciółka Karoliina. Uporczywie nad czymś myślałała, okręcając w palcach brązowe kosmyki. Na końcu Jenni spojrzała na Matiasa, któremu z dziurki do nosa sterczał zwitek papieru. Matias pozbył się go energicznym gestem.
- Leci mi jeszcze krew? - zapytał, nadstawiając nos.
- Nic nie widać - uciął Jesse.
- A fuj, ohydztwo - skrzywiła się Karoliina.
- Skoncentrujcie się trochę - zdenerwowała się Jenni. - Jeśli nikt nie ma żadnego nowego zadania, powróćmy do tych, których jeszcze nie udało nam się rozwiązać.
Sięgnęła po zeszyt z niebieską okładką. Widniał na niej rysunek przeraźliwej trąby powietrznej - logo klubu. Zeszyt był już częściowo zapisany starannymi notatkami z kolejnych detektywistycznych zadań. W lutym czwórce przyjaciół udało się brawurowo rozwiązać tajemnicę zaginionych kartek walentynkowych. To właśnie wtedy Matias i Karoliina dołączyli do klubu stworzonego przez bliźniaków.
Przez całą wiosnę i lato członkowie „Huraganu" z zapałem szukali nowych zagadek. Rozpoczynali wiele operacji, z których każda wydawała się bardzo ekscytująca, ale żadna nie doprowadziła do równie barwnych przygód co kradzież walentynkowych kartek.
- W marcu rozpoczęliśmy operację „złodziej zegarka" - przeczytała Jenni. - Ulla Liimatainen, higienistka ze szkoły podstawowej w Pihlakylä, straciła złoty zegarek otrzymany w spadku. Zdarzenie miało miejsce w biały dzień. Czy są nowe dane na ten temat?
- Dam głowę, że po prostu jej się ześlizgnął z nadgarstka podczas meczu na śniegu uczniowie kontra nauczyciele - oświadczył z przekonaniem Jesse.
- Bzdury! - sprzeciwiła się Jenni. - Skąd ci przyszło na myśl coś podobnego?
- Liimatainen sama to powiedziała - stwierdził Jesse.
Dziewczynka prychnęła tylko i otworzyła nową stronę notesu.
- W kwietniu rozpoczęła się operacja „straszny smród" - przeczytała, modelując głos, by brzmiał ekscytująco. - W szkolnym korytarzu unosił się nieprzyjemny fetor. Innymi słowy: ohydnie śmierdziało. Członkowie klubu mieli nadzieję, że znajdą w szkolnych zakamarkach przynajmniej jakieś zdechłe zwierzątko, poszukiwania nie przyniosły jednak rezultatu. Skąd mógł pochodzić zapach?
- A, no przecież, to była Anita - powiedział Matias. - W końcu się przyznała, że zostawiła w mikrofalówce makaron z serem pleśniowym.
Wszyscy wybuchnęli śmiechem. Pani Aura była kucharką w ich szkole i ciocią Matiasa. Uczniowie mówili na nią Anita Serowa, bo miała zwyczaj doprawiać każdą potrawę serem pleśniowym. Poszukując źródła strasznego smrodu, klubowicze oczywiście wpadli na jej trop. Anita jednak stanowczo zaprzeczała, jakoby miała coś wspólnego z fetorem, który rozchodził się po szkole pomimo całodniowego wietrzenia.
Jenni przewróciła stronę i przeczytała:
- W maju klub poszukiwał skradzionej portmonetki Raisy Koistinen, w której był banknot dwudziestoeurowy.
- Kto daje pierwszoklasistom tyle pieniędzy... - Karoliina pokręciła głową. - Smarkula na pewno sama zgubiła ten portfel.
Jenni przeczytała jeszcze notatki z drugiego majowego zadania. Tym razem chodziło o zagubiony kapelusz, którym wicedyrektor Viljanen zazwyczaj osłaniał swą łysinę. Kapelusza nie udało się odnaleźć, ale podejrzenia padły na Karppę - gburowatego chłopca, który nigdy nie pominął okazji zrobienia komuś przykrego dowcipu. To właśnie on okazał się winny kradzieży walentynkowych kartek.
Ponieważ nikt nie miał nowych informacji na temat zaginionego kapelusza wicedyrektora, Jenni z impetem rzuciła niebieski notes na drewnianą skrzynię, służącą im za stół.
- To tyle - powiedziała, nie kryjąc rozczarowania. - Od czerwca nie pojawiła się ani jedna nowa zagadka, a mamy już październik.
W kwaterze głównej zapanowała cisza. Klubowicze w milczeniu spoglądali na zeszyt leżący na stole.
- No to chyba dobrze - odezwała się Karoliina. - Dobrze, że nie zdarzyło się żadne przestępstwo.
- Może nikt już nas nie potrzebuje - stwierdził Matias. - Świat został uratowany, a opowieść o czwórce fantastycznych detektywów dobiegła końca - ogłosił uroczyście.
- Nie traćmy nadziei - zaprotestowała Jenni. - Może jeszcze wpadniemy na jakąś nową przygodę.
W drewutni znów zapadła cisza. Po wielu miesiącach nudy nikt już właściwie nie wierzył, że Klub Detektywów „Huragan" mogą jeszcze czekać równie ekscytujące chwile co zeszłej zimy.
- Słuchajcie, która godzina? - ocknęła się Karoliina.
- Dochodzi piąta - Matias sprawdził czas na wyświetlaczu komórki.
- Muszę iść się pakować. - Karoliina wstała ze stołka.
- Co właściwie mamy ze sobą zabrać? - zapytał Jesse.
- Śpiwór, coś do jedzenia i latarkę - wymienił Matias.
- No i szczoteczkę do zębów, rzeczy do przebrania, ręcznik - dodała Karoliina. - A ja potrzebuję jeszcze żelu pod prysznic, szczotki, kapci... No, nie, muszę lecieć! Do zobaczenia w szkole!
Wyskoczyła pędem z drewutni. Matias i Jesse podążyli za nią, spierając się, ile zapasowych baterii do latarki będą potrzebować na całą noc.
Jenni podniosła się ostatnia. Wychodziła już na dywan szeleszczących liści i prawie zamknęła za sobą drzwi, gdy nagle jej wzrok natrafił na notes. Leżał wciąż na drewnianej skrzyni. Przez chwilę przyglądała mu się z wahaniem, a potem zawróciła, schowała go do tylnej kieszeni dżinsów i wyszła, zamykając za sobą drzwi.
Czerwona drewutnia uśmiechnęła się z zadowoleniem. „Mądra dziewczyna" - pomyślała. Drewutnia wiedziała chyba więcej niż czwórka jej młodych przyjaciół. Zupełnie jakby się domyślała, że już wkrótce na kartkach niebieskiego zeszytu pojawi się więcej notatek niż kiedykolwiek wcześniej.
Pakowanie
17.15
- Mamo, gdzie jest ręcznik? - zawołała ze swojego pokoju Karoliina.
- Na łóżku - odkrzyknęła z salonu mama.
- Ale nie ten, tylko ten drugi! - wołała dalej Karoliina. - Ten lepszy!
- Wszystkie nasze ręczniki są dobre - odpowiedziała zmęczonym głosem mama.
- No tak, ale ten czerwony, który kupiliśmy latem - Karoliina nie przestawała krzyczeć.
- Weź ten, który ci położyłam na łóżku - poprosiła mama.
Na chwilę zapanowała cisza. Mama usadowiła się wygodniej na sofie i zagłębiła się w lekturze ciekawego artykułu na temat nowej diety brukwiowej. Przyjemność czytania przerwał jednak donośny łomot i czyjś wrzask. Mama pobiegła do pokoju córki. Na środku podłogi, w skłębionej masie ręczników, poszewek i pościeli, siedziała Karoliina. Drzwi do pawlacza były otwarte na oścież, a najwyższa półka leżała teraz na podłodze tuż przy dziewczynce.
- Więc jednak się tam wdrapałaś - stwierdziła mama.
- Próbowałam znaleźć ten ręcznik - odrzekła cicho Karoliina i uniosła oczy w górę.
Mama roześmiała się. A potem zaśmiała się po raz drugi i trzeci. Po chwili obie już chichotały na cały głos, ocierając z oczu łzy.
Gdy półka znalazła się na swoim miejscu, a wszystkie rzeczy zostały ułożone w równe sterty, Karoliina usiadła przy biurku i uniosła blat, odsłaniając duże lustro. Mama stanęła za nią i zaczęła czesać długie brązowe włosy córki.
- Tata już poszedł? - zapytała Karoliina. Jej tata pracował w szkole w Pihlakylä jako woźny.
- Już jakiś czas temu - odpowiedziała mama. - Wpadł do domu tylko na sekundę, przełknął coś raz-dwa i wrócił do pracy.
- Szkoda - westchnęła rozczarowana Karoliina. - Myślałam, że razem pójdziemy.
- Zdążysz się jeszcze nacieszyć tatkiem w szkole - zapewniła ją mama.
- Nie o to mi chodzi - odparła Karoliina. - Tata mógłby mi pomóc przenieść bagaże.
- Bagaże? - Mama ze zdziwieniem spojrzała w kąt pokoju, gdzie czekała już różowa walizka, duża sportowa torba i wypchany po brzegi plecak.
- Chyba wiesz, że będziesz w szkole tylko przez jedną noc? - powiedziała zdumiona.
- Nigdy nie wiadomo, co się może stać - usprawiedliwiła się Karoliina.
- Przejrzyjmy jeszcze raz te twoje rzeczy - zaproponowała mama z uśmiechem.
- No dobrze, ale suszarkę do włosów muszę wziąć - uparła się Karoliina. - I buty na zmianę.
- A śpiwór? - zapytała rozbawiona mama.
- O nie, zapomniałabym - przeraziła się Karoliina, a mama pokręciła tylko głową.
- Szczoteczka do zębów? Jest. Pasta? Jest. Spinki do włosów? Są - wyliczała Jenni, trzymając w ręce kartkę z listą potrzebnych rzeczy. Wkładała je kolejno do niebieskiej torby, którą nosiła na treningi piłki nożnej. Do dżinsów włożyła białą bluzę z kapturem; rude włosy związała w kucyki.
Jesse leżał na łóżku i grał na komórce w grę kosmiczną. Uporczywe piszczenie przerwał nagły odgłos wybuchu. Jego statek kosmiczny uderzył w szczyt góry na planecie wroga.
- O nie! - zawołał.
- Co? - zdziwiła się Jenni.
- Trafili mnie górscy żołnierze Zordaha, a już prawie udało mi się zdobyć ostatnią kapsułkę energii - wyjaśnił.
Jenni przez chwię wpatrywała się w rozczochranego brata takim wzrokiem, jakby faktycznie pochodził on z jakiejś obcej planety.
- Spakowałeś się już? Zaraz musimy wychodzić.
- Nie przepytuj mnie. Nie jesteś mamą.
- Ale jestem starsza o osiem minut. - Uśmiechnęła się z wyższością.
- Wow - powiedział Jesse i wskazał czarny plecak, obok którego stał zrolowany śpiwór. - Tam jest.
- Wygląda, jakby był prawie pusty - zdziwiła się Jenni.
- Jest w nim wszystko, czego mi trzeba - uciął Jesse i rozpoczął następną grę.
- Szczoteczka do zębów też? - upewniła się Jenni.
Nie mógł jej odpowiedzieć, bo całkowicie skoncentrował się na prowadzeniu kosmicznego statku i gonitwie za trójgłowym mutantem. Jenni sięgnęła do regału po krągłego misia. Przytuliła go z całej siły.
- Widzisz, Jesse, musisz umyć zęby - zaszczebiotała. - Żeby twój oddech był świeży jak mięta, kiedy na dyskotece weźmiesz w ramiona Karoliinę, cudowną dziewczynę.
Z misiem w ramionach wykonała obrót, jakby była na parkiecie.
- Och, Karoliino, jesteś taka słodka - ciągnęła, udając głos Jessego. - Jestem tylko zwykłym nudziarzem, który ma bzika na punkcie komputerów i spadające portki. A ty - najprawdziwszą księżniczką ze snów. Karoliino, wyjdziesz za mnie za mąż? Dasz mi chociaż buzi?
Zerkając kątem oka na brata, złożyła usta w dzióbek tuż przed pyszczkiem misia. O dziwo, jej występ nie wzbudził pożądanej rekacji. Jesse nie rzucił się do ataku, nadal leżał wyciągnięty na łóżku, cały skoncentrowany na planecie Zordag.
Oczywiście wszystko słyszał. Tak naprawdę miał ochotę zerwać się z łóżka i dać siostrze porządny wycisk, ale zrobił wszystko, by się powstrzymać. Wiedział, że na to tylko Jenni czeka.
Choć tak naprawdę miała rację. Musi pamiętać o umyciu zębów, jeszcze zanim się zacznie szkolna dyskoteka. Sam na pewno nie odważy się poprosić Karoliiny do tańca, ale może to ona wyjdzie z inicjatywą? Oczami wyobraźni widział już, co się wydarzy: ubrany w stylowy ciemny garnitur stanie pod ścianą auli. Jego jasne włosy, zwykle rozczochrane, będą zaczesane elegancko do tyłu. W półmroku sali zaczną migotać światła lustrzanych kul. Spokojna muzyka wypełni całą przestrzeń, wokół zawirują dziesiątki par.
- Czy można? - zapyta najsłodszy na świecie głos.
Brązowe loki Karoliiny spływają na ramiona. Dziewczyna obdarza Jessego niezwykłym spojrzeniem czekoladowych oczu, które stają się jeszcze piękniejsze, gdy unosi w uśmiechu kąciki ust.
- Naturalnie, moja miła - odpowiada i bierze ją w ramiona.
Łagodnie wirują po scenie. Loki Karoliiny falują jak na zwolnionym filmie.
- Jesteś prawdziwym królem parkietu - mówi ona.
- A ty najjaśniejszą gwiazdą we wszechświecie - odpowiada on.
- Ty mój bohaterze - wzdycha Karoliina. - Najlepszy pilot planety Zordag.
Jesse zamknął oczy i złożył usta w ciup. A potem ostrożnie przybliżył twarz do Karoliiny. Jego usta dotknęły czegoś miękkiego. Właściwie było to włochate... Otworzył oczy i pojął, że ma przed sobą pluszowego misia.
- Ach, Jesse, buzi, buzi - dokuczała mu Jenni, wtulając maskotkę w twarz brata.
Trójgłowe mutanty mogą poczekać, zaatakuje je później. Teraz musi zniszczyć poważniejszego wroga! Jenni, krzycząc i śmiejąc się, uciekła na dół, a Jesse rzucił się za nią, podtrzymując zbyt luźne spodnie.
Matias był sam w domu. Mama i tata nie wrócili jeszcze z pracy. Odgrzał sobie w mikrofalówce pizzę z tuńczykiem. Siedział przy kuchennym stole, zajadając się pizzą i przeglądając książkę, którą dostał od dziadka na urodziny. Był to album o historii najróżniejszych wynalazków. Niektóre maszyny były szczegółowo zilustrowane. Matias zastanawiał się, czy zdołałby na podstawie rysunków sam je zbudować. Na podwórzu za domem starczyłoby miejsca na katapultę.
Nagle rozdzwoniła się komórka. Matias nastawił sobie przypominacz na dziesięć przed szóstą. Wyłączył alarm, wepchnął do ust ostatni kawałek pizzy, a potem umieścił talerz w zmywarce i odniósł książkę do swojego pokoju. Wziął z podłogi plecak, który wraz z tatą spakował poprzedniego wieczoru.
Włożył ciepły polar, do kieszeni wsunął granatowe wełniane rękawiczki. Przed wyjściem obejrzał się jeszcze w lustrze: włosy nadal sterczały we wszystkie strony, rano ułożył je sobie żelem w kolce. Zdjął okulary, oczyścił szkła ściereczką i powtórnie umieścił je na miejscu. Następnie napchał do kieszeni spodni mnóstwo chusteczek higienicznych na wypadek, gdyby leciała mu krew z nosa. Często się to zdarzało.
Sprawdził jeszcze, czy nigdzie nie zostawił włączonego światła. Zarzucił na ramiona plecak i wyszedł z domu. Gdy zamykał za sobą starannie drzwi, spojrzał na zegarek w komórce: za pięć szósta. Puścił się do szkoły biegiem. Było zdecydowanie chłodniej niż po południu. Nagle poczuł na policzku lekką kroplę deszczu. Po chwili spłynęła za nią druga i trzecia. Gdy dobiegł wreszcie do szkolnego budynku, przez mokre szkła okularów nie widział już nic.
Noc w szkole
18.04
W szkole w Pihlakylä rzadko kiedy panował taki hałas. Na jesienną „noc w szkole" stawili się wszyscy uczniowie. Wielu pierwszoklasistów czuło lęk na myśl o tym, że mają spać poza domem. Niektórych przyprowadzili rodzice. Na podłodze walały się sterty plecaków i śpiworów, uczniowie rozwieszali kurtki na wieszakach, a niektórzy bezmyślnie gonili się po korytarzach.
W szkole zebrali się także wszyscy piątoklasiści. Jesse i Jenni dotarli na miejsce ostatni, jeszcze zaczerwienieni po bitwie stoczonej w domu.
Pani Haapaniemi nie zdążyła przybyć, by uspokoić swą zgraję, i dało się to odczuć. Część uczniów biegała po klasie, wielu siedziało na pulpitach, śmiejąc się na cały głos. Jenni i Karoliina szperały w torbach, sprawdzając, czy nie zapomniały czegoś ważnego. Jesse pokazywał Matiasowi swój nowy rekord w komórkowej grze.
Karppa, najwyższy i najbardziej barczysty uczeń klasy piątej, rozłożył się na ławce w ostatnim rzędzie. Zwijał z papieru kulki i rozrzucał je we wszystkich kierunkach. Kiedy udało mu się trafić w jakiegoś nieszczęśnika, wybuchał złośliwym śmiechem. Ostatnią kulkę przeznaczył dla Tytti, siedzącej przy drzwiach. Kiedy kulka przecinała powietrze, drzwi nagle się otworzyły i stanęła w nich pani Haapaniemi. Kulka trafiła ją w czoło. Cała klasa zamarła.
Pani Haapaniemi była dość niska. Miała prawie sześćdziesiąt lat. Zazwyczaj nosiła czarne skórzane spodnie i kurtkę. Szyję obwiązywała jaskrawopomarańczową chustą, której frędzle sięgały niemal ziemi.
Teraz zastygła w miejscu bez słowa, wzburzona z powodu wypadku z kulką. Zza spiczastych, kocich okularów przeszyła przenikliwym spojrzeniem całą klasę w poszukiwaniu winnego. Odgarnęła dłonią półdługie czarne włosy z czerwonymi pasemkami.
- Siadać - zakomenderowała piskliwie, na co uczniowie zareagowali w okamgnieniu. Nie minęła sekunda i wszyscy siedzieli w ławkach.
Nauczycielka zamknęła drzwi i podeszła do katedry. Stała za biurkiem i milczała groźnie, wpatrując się badawczo w uczniów. Wreszcie któryś z nich wpadł na pomysł, by wstać, a pozostali szybko poszli w jego ślady. Kiedy wszyscy stali, pani Haapaniemi wykrzywiła usta w grymasie, który od biedy mógł uchodzić za uśmiech.
- Dobry wieczór, piątoklasiści - powitała ich nadzwyczaj uroczyście.
- Dobry wieczór, pani Haapaniemi - odpowiedzieli chórem uczniowie.
- Usiądźcie, proszę - rzekła, powodując znów natychmiastową reakcję całej klasy.
- Karppo, przypuszczam, że masz mi coś do powiedzenia - oznajmiła lodowato i skierowała przeszywające spojrzenie na tył klasy ku barczystemu chłopcu.
- Że co, że ja? - zdziwił się.
Nauczycielka sięgnęła po kulkę papieru i ponownie przeszyła go spojrzeniem.
- A, no tak. Przepraszam, nie chciałem trafić - stwierdził. - To znaczy chciałem, ale nie w panią, tylko w Tytti.
Panią Haapaniemi niespecjalnie śmieszyły wygłupy Karppy. Kazała mu sprzątnąć z podłogi kulki papieru i przeprosić każdego, kogo uderzył. Karppie zajęło to trochę czasu, a kiedy dochodził już do swojej ławki, z głośników nad tablicą dobiegały szmery.
- Zaczyna się komunikat - pisnęła pani Haapaniemi i w klasie ucichło.
W głośnikach zaszumiało jeszcze dwa razy, potem ktoś wydał z siebie ciężkie westchnienie i zaszeleścił papierami. To wystarczyło, by piątoklasiści odgadli, kogo zaraz usłyszą.
- Uczniowie szkoły w Pihlakylä, szanowne grono pedagogiczne i pozostali pracownicy. Przemawia wasz dyrektor, Markku Kalevi Vepsäläinen. Powtórzę pokrótce parę zasad dotyczących zachowania podczas nocy w szkole - obwieścił niski głos.
Jesse i Jenni wymienili znudzone spojrzenia. Właściwie nikt z uczniów nie darzył dyrektora Vepsäläinena sympatią. Nazywali go Brodaczem z powodu kępki włosów, która wyrastała mu z podbródka. Brodacz był nadzwyczaj wymagający i nigdy się nie uśmiechał. Bliźniaki miały szczególne powody, by go znielubić. W okolicach walentynek poznały go z jak najgorszej strony. Dyrektor dowiedział się wówczas, że Karppa ukradł jego kartę identyfikacyjną, i odegrał się na nim na szkolnym podwórzu. Tamtego dnia nawet Karppie nie było do śmiechu, bał się jak nigdy wcześniej.
Klub detektywów „Huragan" wiedział także o pewnym przypadku sprzed roku, kiedy to zginęły pieniądze zebrane przez uczniów na święto Halloween. Klubowicze podejrzewali, że winny jest Brodacz, ale nie znaleźli żadnych dowodów świadczących przeciwko niemu.
- Także dziś w nocy obowiązuje was zwykły szkolny regulamin - ciągnął dyrektor. - Bieganie po korytarzach i inne zbędne hałasy nie są dozwolone w środowisku szkolnym nawet w tak wyjątkowych okolicznościach.
Wymienił jeszcze wiele innych przewinień, za które groziły srogie kary. Na zakończenie komunikatu wymruczał coś, co zabrzmiało trochę jak groźba, że to pierwsza i ostatnia taka impreza w szkole w Pihlakylä. Kiedy umilkł, uczniowie odetchnęli swobodniej.
- Witajcie w nocnej szkole - zabrzmiał przez radiowęzeł wesoły głos nauczyciela wuefu i atmosfera natychmiast zmieniła się diametralnie. Attego Viimę lubili wszyscy uczniowie i nauczyciele - a zwłaszcza pani Haapaniemi. Na dźwięk głosu młodszego kolegi jej twarz rozjaśniła się w tęsknym uśmiechu, a policzki poróżowiały. Jesse i Jenni zauważyli to i spojrzeli na siebie znacząco.
- O siódmej rozpoczynamy zajęcia - ogłosił wuefista. - W gabinecie plastyki nasza higienistka, pani Ulla Liimatainen, poprowadzi warsztaty „ABC marchewkowych przysmaków". Rzecz nie do ominięcia dla wszystkich, którzy chcą się sprawdzić w kuchni.
Jesse zachichotał. Często przezywał swoją siostrę Marchewką z powodu jej rudych włosów. Usłyszawszy śmiech brata, Jenni wykrzywiła się pod jego adresem.
Tymczasem pan Viima mówił już o innych zajęciach. Warsztaty literackie wicedyrektora Viljanena odbędą się w auli szkoły. W klasie techniki nauczyciele prac ręcznych wspólnie poprowadzą zajęcia „Gałganek i nitka".
Gdy wuefista wymienił nazwisko pani Haapaniemi, ta wyraźnie się ożywiła. Warsztaty pod nazwą „Wybitni mistrzowie naszych lasów" miały się odbyć w stołówce. Pani Haapaniemi zarezerwowała sobie największe pomieszczenie, ponieważ była pewna, że jej występ okaże się wielkim sukcesem. „Kogo może nie interesować niezwykła sztuka chwytna jeleniowatych?" - argumentowała na zebraniu nauczycielskim.
- Niestety musimy odwołać moje zajęcia z fińskiego bejsbola - powiedział przepraszająco pan Viima. - Jest taka pogoda, że wolę was nie narażać na przeziębienie.
Jesse zerknął za okno i zrozumiał wuefistę. Na dworze zapadła już ciemność, o szyby uderzał rzęsisty deszcz. Wiatr kołysał pobliskimi drzewami, zrywając z gałęzi ostatnie jesienne liście.
Pan Viima przypomniał jeszcze, że z okazji Halloween zaraz po warsztatach rozpocznie się dyskoteka. W auli zostanie podana także kolacja, którą przygotowuje właśnie szkolna kucharka, pani Anita Aura. Najpóźniej o jedenastej uczniowie pójdą spać.
- Życzę wam wszystkim fantastycznego wieczoru - zakończył dziarsko. - I nie przestraszcie się, jeśli spotkacie na korytarzach jakieś przerażające typy! Z okazji Halloween nauczyciele pokażą dziś swoje mroczne oblicza.
Na zakończenie przemowy roześmiał się złowieszczo. Uczniowie wybuchnęli śmiechem (nie licząc jednego pierwszoklasisty, który zaczął płakać) i z ożywieniem zaczęli rozprawiać o nadchodzącym wieczorze.
Jesse spojrzał jeszcze raz za okno. Burza przybierała na sile. Krople deszczu uderzały o ziemię, kałuże przed szkołą rosły z chwili na chwilę. Na niebie kłębiły się potężne czarne chmury. Nagle błysnęło i potężny grzmot sprawił, że chłopiec aż się wzdrygnął. Tego wieczoru burza miała w sobie coś niesamowitego.
Przerażająca piwnica
19.01
Wicedyrektor Viljanen był wysoki i chudy. Nosił zwykle koszulę w kratę, a do niej wkładał brązową wełnianą kamizelkę. Spod nieco przykrótkich spodni wystawały mu skarpetki w czarne asy. Jego ciemię błyszczało, nie rósł na nim ani jeden włos.
W szkole nazywano go Dzikim Viljanenem, bo z upodobaniem opowiadał o wyprawach na safari, w których uczestniczył za młodu. Jego opowieści wydawały się trochę przesadzone, bo uczniom trudno było wyobrazić sobie wicedyrektora, jak w swojej wełnianej kamizelce walczy o posiłek z żądnym krwi lwem.
- Witam na warsztatach literackich - odezwał się do grupki uczniów, wśród których znaleźli się także Jesse, Jenni, Karoliina i Matias. Początkowo czwórka przyjaciół zamierzała wziąć udział w zajęciach sportowych, ale gdy wuefista je odwołał, byli zmuszeni dołączyć do ekipy pana Viljanena.
- Będziemy dzisiaj w zabawny sposób wymyślać najróżniejsze historie - ciągnął, a potem podzielił uczniów na grupy. Jedną z nich utworzyli członkowie klubu detektywistycznego. Pan Viljanen rozdał każdej z grup po plastikowej butelce.
- Za chwilę usiądziecie w kręgu, butelkę położycie pośrodku i będziecie nią kręcić - wyjaśnił. - Kiedy się zatrzyma, wskaże osobę, która ma dopowiedzieć dalszy ciąg historii. Później ta sama osoba zakręci butelką. Wszystko jasne?
Uczniowie skinęli głowami.
- No dobrze, w takim razie rozdam wam teraz tematy opowiadań - oświadczył z ożywieniem i wyjął zza pleców afrykańską drewnianą misę, wypełnioną papierowymi losami.
Chwilę później Jessi, Jenni, Karoliina i Matias rozglądali się, szukając dla siebie dogodnego miejsca.
- Hej, Marchewka, jaki mamy temat? - zapytał Jesse.
- Nie odpowiem, dopóki nie zwrócisz się do mnie zwyczajnie po imieniu - stwierdziła Jenni.
- Sorka - droczył się jej brat. - Jenni Birgitto Karhunen, jaki mamy temat?
Rozzłoszczona dziewczynka obróciła się do niego plecami.
- Nie mów tak! - pisnęła.
- Sama kazałaś - oświadczył Jesse, wykrzywiając twarz w uśmiechu.
Gdyby byli w domu, na pewno leżeliby już na podłodze, okładając się pięściami. Teraz Jenni ograniczyła się do przesłania bratu morderczego spojrzenia.
- Może zostańmy tutaj - zaproponował Matias. - Wszyscy zdążyli już pójść gdzie indziej.
Rzeczywiście, aula opustoszała. Kamienne ściany wznosiły się na wysokość przynajmniej pięciu metrów. W szklane drzwi wejściowe uderzały krople deszczu. Na przeciwległej ścianie, prawie u sufitu, znajdowały się cztery niewielkie okienka. Trzecią ścianę zasłaniały metalowe wieszaki. Na wprost niej wznosiły się kamienne schody, prowadzące na piętro. Za szerokimi drzwiami po lewej stronie schodów kryła się szkolna stołówka, a po prawej znajdowały się wąskie drzwi z drewna.
Jesse zaproponował kąt pomiędzy wieszakami a ścianą z oknami. W zimnym kamiennym holu tylko tam grzały kaloryfery. Już po chwili wszyscy czworo siedzieli w kręgu po turecku.
Wylosowany temat brzmiał: niebieskooki szympans. Kiedy butelka wykonała parę obrotów, a opowiadający nabrali rozpędu, nikt już nie pamiętał, o czym właściwie miała być ich historia.
- Wieczorem mężczyzna powrócił do ciemnego mieszkania. Próbował zapalić światło, ale właśnie wtedy wysiadły korki - zaimprowizował Jesse i zakręcił butelką. Szyjka wskazała Karoliinę.
- Na szczęście nie było tam niczego strasznego, poszedł więc do kuchni i zrobił sobie kanapkę z serem - dokończyła Karoliina. Miała nadzieję, że opowieść uda się poprowadzić w bezpieczniejszym kierunku.
Potem nadeszła kolej na Matiasa.
- Tam jednak zauważył, że drzwi od lodówki są tajemniczo uchylone - powiedział i zakręcił butelką. Tym razem wypadło na Jenni.
- Mężczyzna ostrożnie zbliżył się do lodówki. Długo zbierał się na odwagę, aż wreszcie dotknął uchwytu - Jenni powoli dobierała słowa. Pozostali słuchali jej bez tchu. - Bał się jak nie wiem co, ale dał radę otworzyć drzwiczki. W lodówce zobaczył strasznego...
W tej samej chwili uderzył grzmot i cały budynek zatrząsł się w posadach. Na sekundę kamienną aulę oświetliła błyskawica. Potem zapadły całkowite ciemności. Karoliina krzyknęła ze strachu i obiema rękami złapała siedzącego obok Jessego za ramię. Matias zerwał się na równe nogi. Również Jenni tak się przeraziła, że niechcący kopnęła butelkę, która potoczyła się po kamiennej posadzce. Po chwili butelka zniknęła za wąskimi drewnianymi drzwiami, które były wystarczająco uchylone. W auli panowała cisza. Było całkiem ciemno. Tylko poświata ulicznej latarni przenikała przez wysokie okienka i odbijała się kwadracikami na podłodze.
- Co się stało? - zapytała drżącym głosem Karoliina. Wciąż ściskała Jessego za ramię.
- Pewnie piorun trafił w przewody elektryczne - odgadł Matias.
- No ładnie, nasza historia zaczyna się urzeczywistniać. - Jesse roześmiał się złowieszczo.
Jenni wymierzyła mu kuksańca.
- Cicho bądź, głupku.
- Auu - pisnął.
Matias włączył latarkę.
- Pójdę po tę butelkę, to będziemy mogli grać dalej - powiedział i ruszył truchtem do drewnianych drzwi. Po chwili otworzył je i wszedł do środka.
- Co to w ogóle za drzwi? - zaciekawił się Jesse.
- Prowadzą chyba do piwnicy - domyśliła się Karoliina.
- Do piwnicy? Nawet nie wiedziałam, że w naszej szkole jest jakaś piwnica - stwierdziła Jenni.
Matias schodził w dół po wąskich kamiennych schodkach. Zejście, liczące piętnaście stopni, zaczęło się tuż za drzwiami. Plastikowej butelki nie było nigdzie widać, choć dokładnie oświetlał wszystko latarką. Wreszcie wąskie stopnie skończyły się, a wiązka światła wydobyła z ciemności kolejne uchylone drzwi. Matiasowi w ogóle się to nie spodobało, ale postanowił, że nie wróci do przyjaciół z pustymi rękami. Otworzył je ostrożnie i wszedł do środka.
Znalazł się w niskim pomieszczeniu. Było tam jeszcze chłodniej niż w auli. Uderzył go zapach stęchlizny. Obracał latarkę na wszystkie strony, by się upewnić, czy w pomieszczeniu nie ma czegoś podejrzanego. Piwnica była pełna drewnianych regałów, na których piętrzyły się kartony pokryte grubą warstwą kurzu. Wymarzone miejsce dla pająków, które w spokoju mogły wić sieci pomiędzy regałami.
- Naprzód marsz, agencie Aura - Matias dodał sobie otuchy. Przełknął głośno ślinę i posunął się ostrożnie ku półkom. Regały tworzyły labirynt, po którym poruszał się dzięki latarce. Wiązka światła wędrowała wzdłuż ścian, podłogi i półek z kartonami. Nagle natrafiła na przedmiot leżący na podłodze. Butelka!
Matias odetchnął z ulgą i pochylił się. Dotykając plastikowej szyjki, dostrzegł na podłodze coś jeszcze. Róg biało-czarnego zdjęcia. Sięgnął po nie i wyciągnął spod półki zakurzoną fotografię. W tej samej chwili z drugiego końca pomieszczenia dosłyszał głuchy odgłos. Błyskawicznie skierował latarkę w tamtym kierunku. Zobaczył tylko kolejne drewniane regały, kartony, kurz kłębiący się w powietrzu. I nagle - coś go zaatakowało!
- Nie, bo chodzi właśnie o to, żeby zebrać te wszystkie kapsułki energii - tłumaczył Jesse, uruchamiając kosmiczną grę.
- Mimo wszystko uważam, że to idiotyczna gra - stwierdziła Jenni.
- Kiedy wreszcie będzie prąd? - rozmyślała na głos Karoliina, oglądając się na boki. Aulę wciąż spowijały ciemności.
Właśnie wtedy dosłyszeli krzyk Matiasa. Znieruchomieli. Jesse wypuścił z rąk komórkę. Matias krzyczał coraz głośniej. Usłyszeli szybkie kroki. Drewniane drzwi otworzyły się z impetem i w jednej chwili chłopiec znalazł się w auli. Dotarł do nich na trzęsących się nogach. Był blady jak ściana i, podenerwowany, zerkał wciąż za siebie. Jesse, Jenni i Karoliina wpatrywali się w przyjaciela przerażeni. Pomogli mu usiąść.
- Co się stało? - wydusił z siebie Jesse.
- Tam ktoś jest - wykrztusił Matias. - Rzucił się na mnie!
Bohater Viima
19.43
Jesse, Jenni i Karolina starali się uspokoić Matiasa, który wciąż nie mógł dojść do siebie. Jego krzyk odbił się w kamiennej auli tak głośnym echem, że zgromadził wokół mnóstwo ciekawskich. Najpierw otworzyły się drzwi stołówki po lewej stronie szerokich schodów i stanęła w nich pani Haapaniemi. Za nią cisnęło się siedmioro uczniów, wszyscy, którzy wybrali sobie warsztaty na temat największych bohaterów fińskich lasów.
- Co wy tu wyprawiacie? - piskliwy głos pani Haapaniemi wypełnił całą aulę.
Po chwili w ciemnościach pojawili się także Dziki Viljanen, dwie inne grupy z warsztatów literackich i Karppa.
- Słyszałem piski jakiejś małej dziewczynki - naigrywał się Karppa, widząc Matiasa, siedzącego na podłodze w otoczeniu gapiów.
- Ach, to przecież nasza Matilda! - zarechotał. - Przestraszyłaś się swojego odbicia w lustrze?
- Nie zbliżaj się - powiedział surowo Jesse.
Jenni i Karoliina wsparli go gniewnymi spojrzeniami. O dziwo, Karppa zamilkł.
- No, no, nie potrzeba nam tu teraz więcej złych emocji - pisnęła pani Haapaniemi. - Opowiedzcie mi wreszcie, co tu się właściwie wydarzyło.
- Nasza butelka przez przypadek poturlała się za tamte drzwi - rozpoczęła Karoliina. - Matias po nią poszedł i tam było chyba coś... strasznego.
Pierwszoklasiści przylgnęli do nauczycielki i jednocześnie obrócili głowy ku uchylonym drzwiom.
- Pierwsze słyszę - parsknęła pani Haapaniemi. - To zwykła szkolna piwnica, pełna różnych rupieci. Nic więcej!
- Tam się ktoś poruszał! - Matias podniósł głos.
- Kto to był... albo co to było? - zapytał bojaźliwie jeden z uczniów.
- Nie jestem pewien - odparł cicho Matias i wbił wzrok w podłogę. - Ale na pewno nikt znajomy.
W tłumku uczniów, rosnącym z chwili na chwilę, zaszumiało. Rozgorzały dyskusje na temat tego, co mogło się zdarzyć w piwnicy. Jeden z pierwszkoklasistów snuł na cały głos domysły, że straszy tam „potwól", budząc w rówieśnikach jeszcze większy lęk.
- Dość tego! - zagrzmiał nagle czyjś bas. Dyrektor Brodacz stał na środku auli, ciskając w uczniów groźne spojrzenia. - Po pierwsze, bez zezwolenia nikt nie ma wstępu do piwnicy. Po drugie, są tam tylko zakurzone kartony. Proszę się uspokoić i wracać do zajęć warsztatowych.
Za jego plecami pojawił się wuefista Atte Viima.
- Zanim pójdziecie, mogę jeszcze sprawdzić, czy na pewno nie ma tam nikogo ani niczego niepotrzebnego - zaproponował. - Niech ta sprawa nikogo z nas dłużej nie trapi.
W gronie uczniów dały się słyszeć pełne ulgi westchnięcia. Brodacz odwrócił się na pięcie do stojącego za nim pana Viimy i obrzucił go surowym spojrzeniem.
Zabawnie wyglądali jeden obok drugiego. Dyrektor był postawny i masywny. Miał wyjątkowo wysokie czoło. Rzadkie ciemne włosy zaczesywał na bok, próbując zasłonić łysinę, ale na to było ich stanowczo za mało. Jego twarz pokrywał zarost, zwieńczony długą kozią bródką. Z kolei Atte Viima był wysoki i szczupły. Miał jasne włosy, na tyle długie, by móc założyć je za ucho. Pan Viima zazwyczaj uśmiechał się szeroko, na twarzy Brodacza uśmiech nie gościł nigdy.
- Nie widzę takiej potrzeby - stwierdził zimno dyrektor. Wuefista jednak kierował się już do piwnicy, podrzucając w ręce stalową latarkę.
- To potrwa chwilę - odparł. - Trzymajcie za mnie kciuki... - Uśmiechnął się jeszcze do uczniów i zniknął za drewnianymi drzwiami.
Wszyscy zgromadzeni w wysokiej ciemnej auli wpatrywali się nerwowo w niepozorne drzwiczki. Z piwnicy nie dobiegał najmniejszy szelest.
Szczególnie podenerwowana wydawała się pani Haapaniemi. Oto w czarnej otchłani, w samym centrum niewidocznych niebezpieczeństw, zniknęła miłość jej życia. Nauczycielka widziała już oczami wyobraźni, jak pan Viima odważnie wchodzi do mrocznego pomieszczenia. Ni stąd, ni zowąd z jednego kąta wyskakuje ogromnych rozmiarów pająk i atakuje go w szyję. Nieustraszony wuefista zakleszcza w dłoniach owłosione kończyny stworzenia i ciska nim o ziemię. Równocześnie pomieszczenie wypełnia przeszywający pisk. Na bohatera rzuca się zgraja tysięcy żądnych krwi nietoperzy. Viima rozprasza napastników, okładając ich silnymi pięściami na prawo i lewo. Kiedy jeszcze udaje mu się splątać w węzeł osiem wijących się węży, ma za sobą wszystkie niebezpieczeństwa. W podartym ubraniu, z podrapaną brodą i podbitym okiem staje wreszcie na drugim końcu piwnicy. Tam już czeka jego ukochana, lady Haapaniemi, zakuta w kajdany. Viima przecina je i bierze nieprzytomną lady w ramiona. A ona już-już zaczyna odzyskiwać przytomność... Właśnie kiedy lady Haapaniemi miała spojrzeć swemu wybawicielowi głęboko w oczy, w jej marzenia wdarła się rzeczywistość. Nauczycielka ocknęła się z zamyślenia.
Od strony piwnicy dało się słyszeć ciężkie kroki. W drzwiach stanęła dziwna postać. Na jej widok uczniowie wzdrygnęli się.
Atte Viima zrobił krok naprzód. Trzymał w rękach metalowe wiadro ze sterczącym mopem. Uczniowie odetchnęli z ulgą.
- Niczego innego nie znalazłem - oznajmił. - Ale o tego typa nieomal się potknąłem!
Gapie roześmieli się, odprężeni. Brodacz nakazał wszystkim powrót do zajęć. Uczniowie pod przewodnictwem nauczycieli rozproszyli się grupkami w różnych kierunkach. Pani Haapaniemi podeszła jeszcze do wuefisty i stuknęła go przyjaźnie palcem w brzuch.
- Mój ty bohaterze - zaświergotała do młodego nauczyciela, a w chwilę później zniknęła za drzwiami stołówki, by dokończyć warsztaty.
Aula opustoszała. Tylko Jesse, Jenni, Karoliina i Matias nie ruszyli się ze swojego kąta. Viima podążył w ich stronę.
- Wszystko u was w porządku? - zapytał.
- Tak - odparła Jenni. - Dziękujemy, że sprawdził pan tę piwnicę.
Nauczyciel uśmiechnął się tylko w odpowiedzi. Dziewczynka poczerwieniała.
- Zajmę się teraz ostatnimi przygotowaniami do dyskoteki. Mam nadzieję, że jesteście w nastroju do baletów? - zapytał i po chwili zniknął, przeskakując po schodach na piętro.
Równocześnie rozbłysło światło.
- Hurra! - odetchnęła z ulgą Karoliina. - No to się działo! Już myślałam, że w tej piwnicy naprawdę było coś strasznego.
- No bo było! - stwierdził Matias. - Ktoś tam się poruszał, jestem tego pewien.
Przyjaciele spojrzeli na niego ze zdumieniem. Matias wyjął z kieszeni zakurzoną czarno-białą fotografię.
- Myślę, że to był on - powiedział, pokazując zdjęcie. - Znalazłem to pod jednym z regałów.
Mężczyzna ze zdjęcia miał szczupłą twarz, wąskie oczy i wydatny nos. Był całkiem siwy.
- Tak się przestraszyłem, że głowy nie dam, ale moim zdaniem ten ktoś z piwnicy wyglądał zupełnie tak samo - przypominał sobie.
- Nie wygląda zbyt fajnie - stwierdziła Jenni. - Kto to może być?
Zdjęcie z dreszczykiem
20.32
W sali gimnastycznej szkoły w Pihlakylä stłoczyli się wszyscy uczniowie i nauczyciele. Głośna muzyka wprawiła drewnianą posadzkę w drżenie. Szybki wysokich okienek dygotały od szalejącej na dworze burzy.
Sala była odświętnie udekorowana. Na ścianach rozwieszono ozdoby z motywem duchów, przygotowane przez pierwszo- i drugoklasistów. Wzdłuż sceny ciągnął się rządek lampionów z dyń. Zawadiackie uśmiechy i wydrążone otwory oczne były dziełem piątoklasistów. Blask płonących wewnątrz świeczek sprawiał, że dynie wyglądały niesamowicie.
Na szkolnych drabinkach rozwieszono szare sieci, po których wspinały się czarne pająki z długimi odnóżami, zrobionymi z drucików. Z daleka pajączki wyglądały jak żywe.
Pan Viima miał rację. Tego wieczoru nauczyciele rzeczywiście przerażali swoim wyglądem. On sam przebrał się za Frankensteina, pomalował twarz na zielono i narysował na niej podłużne blizny. A teraz krążył wokół sali w podartym ubraniu, powłócząc nogami i rozśmieszając uczniów.
Na drugim końcu sali czyhała już pani Haapaniemi. Swój codzienny skórzany strój uzupełniła bordową peleryną. Miała w ustach plastikowe zęby, których podłużne kły zahaczały o dolną wargę.
- Fidzieliście fana Fiimę? - zagajała przechodzących obok uczniów, ale nikt nie mógł zrozumieć, co mówi.
Wicedyrektor Viljanen wybrał sobie, rzecz jasna, strój rodem z dżungli. Przebrał się za goryla. Włożył brązowy włochaty kombinezon, twarzy nie malował, ale łysinę przykrył włochatym kapturem, z którego sterczały wystające uszy. Stroju dopełniały ogromne gumowe ręce z nienaturalnie długimi palcami.
Wielki stół uginał się od przysmaków wyczarowanych ręką Anity Serowej. Anita miała bujne ciemne włosy, zakręcone w drobne loczki. Czy to święto, czy dzień powszedni, kucharka zawsze zdobiła twarz mocnym makijażem. Z okazji halloweenowej dyskoteki wczepiła sobie we włosy parę plastikowych pająków i włożyła czarną pelerynę w trupie czaszki. Nakleiła też sztuczne paznokcie w czarnym kolorze.
Jesse, Jenni, Matias i Karolina ustawili się przy stole.
- Gdzie tu jest ser pleśniowy? - chciał wiedzieć Matias.
- Nigdzie, jedz bez obaw - częstowała go Anita.
Matias wyłowił białe ciastko, które wyglądało wyjątkowo podejrzanie.
- A to co? - dopytywał się.
- Ciastka pleśniowe - odpowiedziała kucharka. - Ciastka wiśniowe! - poprawiła się szybko na widok przerażonej miny chłopca.
- Te odpadają - stwierdził i odłożył wypiek na miejsce.
Anita sięgnęła do podręcznego stolika po miskę z cynamonowymi bułeczkami.
- Proszę - podsunęła mu naczynie. - Stare dobre ślimaczki.
Matias wyciągnął już dłoń, gdy nagle dostrzegł czarnego tipsa, lądującego na jednej z bułeczek.
- Może później - bąknął, gładząc się po brzuchu, jakby był najedzony po uszy.
Jenni zawołała do siebie przyjaciół.
- Trzeba zrobić plan - ogłosiła, zniżając głos. - Musimy wybadać, kto straszył Matiasa w piwnicy i czego właściwie od niego chciał.
Karoliina przyglądała się w skupieniu czarno-białemu zdjęciu.
- Matias, mówiłeś przecież, że on wyglądał jak ten typ - stwierdziła, a chłopiec skinął w milczeniu głową. Jenni wyciągnęła dłoń po fotografię.
- Najpierw musimy się dowiedzieć, kim jest ten mężczyzna - pomyślała na głos. - Zrobimy więc plan, jak zbadać, kto jest na zdjęciu - sprecyzowała. - A potem będzie można zrobić plan, jak...
Jesse westchnął ciężko i wyrwał siostrze z rąk zdjęcie.
- Pani Anito, wie może pani, kto to? - zapytał, wskazując kucharce fotografię.
- Oczywiście, że wiem - odparła. - To przecież E.S. Kataja, poprzedni dyrektor szkoły.
Klubowicze spojrzeli po sobie zdumieni.
- Poprzedni, czyli przed Brodaczem? - upewnił się Jesse, a Anita obrzuciła go zdumionym spojrzeniem.
- Chodzi mu o pana Vepsäläinenä - poprawiła Jenni.
- Zgadza się, Kataja był dyrektorem przed Vepsäläinenem - potwierdziła kucharka i wzięła do rąk zdjęcie. Przyglądała mu się z rozmarzeniem.
- To był dobry dyrektor. Niezwykle sympatyczny i sprawiedliwy człowiek - pochwaliła. - Już chyba z dziesięć lat minęło, odkąd musiał odejść.
- Musiał odejść? Dlaczego? - zaciekawiła się Jenni.
- Sama do końca nie wiem - odpowiedziała Anita. - Kto by teraz wspominał stare czasy... Ale zdaje się, że go oskarżono o jakieś machlojki finansowe. Osobiście nie wierzę ani trochę, że mógł być czemukolwiek winny.
Członkowie klubu słuchali każdego jej słowa z wytężoną uwagą. Zauważywszy to, kucharka ocknęła się ze wspomnień.
- No, to lećcie się teraz bawić - popędziła ich. - I weźcie ze sobą coś do przegryzienia!
Przyjaciele zaszyli się w najodleglejszym kącie auli. Wszystko, co usłyszeli, było takie ekscytujące! Jenni wyciągnęła z tylnej kieszeni dżinsów niebieski notes z klubowym tornadem na okładce. Pospiesznie otworzyła go na nowej stronicy i zabrała się do notowania.
- Co jest nie tak z tą naszą szkołą? - zastanawiał się na głos Jesse. - Dlaczego zawsze muszą u nas rządzić jacyś podejrzani dyrektorzy?
- Słuchajcie - przerwała mu Jenni. - Zniesławiony dyrektor wraca po latach do szkoły - przeczytała zapis z zeszytu i udało jej się sprawić, że zabrzmiało to niezwykle intrygująco.
- Ale dlaczego? - gorączkował się Jesse. - Dlaczego Kataja miałby wrócić do szkoły po dziesięciu latach?
- Właśnie. I dlaczego miałby się skradać po piwnicy i straszyć uczniów? - włączył się Matias.
- Czy on w ogóle jeszcze mieszka w Pihlakylä? Może przeprowadził się na drugą stronę globu - przyszło Jessemu do głowy.
Po chwili czwórka klubowiczów ponownie znalazła się przy stole Anity Serowej. Kucharka poczęstowała ich kanapkami w kształcie trójkąta, zapewniając, że w środku jest tylko zwykły żółty ser.
- Tak się zastanawialiśmy nad tym byłym dyrektorem... - rozpoczął Matias.
- Yhm? - zapytała, wlewając do plastikowych kubeczków pomarańczowy sok.
- Pan Kataja na pewno by się ucieszył z tego zdjęcia - wtrąciła Karoliina. - A może zna pani jego adres, żebyśmy mogli je wysłać?
Anita z wrażenia wylała sok na obrus.
- Ach, moje dzieci - westchnęła. - Miło, że o tym pomyśleliście, ale niestety to niemożliwe.
- Dlaczego? - zdziwił się Jesse.
- Kataja umarł zeszłej jesieni - odparła. - Boże kochany, toż to się zdarzyło dokładnie rok temu! - przypomniała sobie.
Jej okrzyk sprawił, że cztery serca zabiły nagle mocniej.
Podwójne zadanie
20.54
Członkowie Klubu Detektywów „Huragan" zaszyli się w kącie auli. Byli podekscytowani zwrotem akcji, a równocześnie czuli strach. Na szczęście muzyka grała tak głośno, że nikt z zewnątrz nie mógł usłyszeć ich dyskusji. Rozmawiali bez przeszkód.
- Nigdy wcześniej nie wpadłem na ducha - oświadczył z przejęciem Matias.
- Ja też chcę go zobaczyć - ożywił się Jesse. - I co, spływała z niego taka zielona rozciągliwa maź?
- Wariaci! Ja akurat nie mam najmniejszej ochoty na spotkanie z jakimkolwiek duchem! - oświadczyła Karoliina i mocniej przylgnęła do Jenni.
- Uspokójcie się wreszcie. - Jenni wyciągnęła znów niebieski notes. - Teraz jesteśmy już chyba całkiem pewni, że to dyrektor Kataja straszył w piwnicy Matiasa.
- Wyglądał mi na niego - powiedział usprawiedliwiająco Matias.
- Sam przecież mówiłeś, że strasznie cię przeraził - przypomniała mu Jenni. - Jak człowiek bardzo się boi, to może zobaczyć cokolwiek. Jesse też kiedyś myślał, że ja to zombie!
- Cisza! - zakomenderował Jesse.
- Opowiedz! - roześmiała się Karoliina.
Pomimo pogróżek brata, Jenni udało się opowiedzieć, jak to sześcioletni Jesse obejrzał przez przypadek fragment horroru taty. Następnej nocy bał się tak bardzo, że płakał i nie mógł usnąć, mimo że obok siedziała mama, próbując go uspokoić. Gdy Jenni podniosła się z łóżka, by uciszyć szlochającego brata, on wziął ją za zombie i rozpłakał się jeszcze gwałtowniej. Matias i Karoliina wybuchnęli śmiechem, słysząc opowieść Jenni.
- Słodkie - skomentowała Karoliina. Jesse ucieszył się i odpowiedział uśmiechem. Chyba nie stało się nic strasznego, jeśli dziewczyna o czekoladowych oczach uznaje jego przerażenie za słodkie?
- Gdy człowiek się boi, wyobraźnia może mu podsunąć najdziwaczniejsze obrazy - stwierdziła Jenni. Pozostali klubowicze musieli się z nią zgodzić, choć fajnie byłoby uwierzyć, że duch dawnego dyrektora pojawił się, by spędzić z nimi noc w szkole.
- Witajcie, ananasy z piątej klasy - obok klubowiczów wyrósł pan Atte Viima przebrany za potwora. - Jak wam mija wieczór?
- Bardzo dobrze - oświadczył Jesse z nadzieją, że wuefista mu uwierzy.
- Nie wyglądacie mi na szczególnie uszczęśliwionych. Zdążyliście choć trochę poszaleć na parkiecie? - zapytał i skinął na roztańczony za nim tłum.
- Jeszcze nie. - Karoliina zerknęła na Jessego. Na chwilę ich spojrzenia się spotkały i bliźniak poczuł się przygnębiony. Gdyby nie pojawiło się nowe zadanie, Karoliina na pewno poprosiłaby go do tańca.
- Pospieszcie się - pogonił ich nauczyciel. - A tak przy okazji, wiecie może, gdzie się podziewa Erno Eerola?
Wszyscy czworo spojrzeli na niego pytająco.
- Ten rudzielec z pierwszej klasy, który ciągle gdzieś lata - dodał.
- Nie widziałem go - odrzekł Jesse. Pozostali klubowicze również potrząsnęli przecząco głowami.
- Tak tylko pytam, bo akurat wy zwykle wiecie o wszystkim pierwsi - wyjaśnił, uśmiechając się szeroko.
Klubowicze domyślili się, że wuefista nawiązuje do wydarzeń z ubiegłorocznych walentynek. Musieli go wtedy poprosić o pomoc. Jednak nawet pan Viima nie miał pojęcia o istnieniu klubu. „Huragan" pozostał ich absolutną tajemnicą. Jak również to, że klubowicze głowili się właśnie nad nową fascynującą zagadką.
- Gdy go zobaczycie, to powiedzcie, że pan Mähönen wszędzie go szuka i się martwi. Podobno zniknął już jakiś czas temu. Urwis jeden!
Pan Viima poczuł na ramieniu energiczne postukiwania i obrócił się. Zobaczył przed sobą panią Haapaniemi, sporo od niego niższą. Twarz nauczycielki kryła bordowa peleryna. Widać było tylko oczy, błyszczące za szkłami kocich okularów.
- Fgadnij fto! - odezwała się zalotnie. Pani Haapaniemi miała na co dzień najbardziej piskliwy głos świata, lecz ilekroć przemawiała do ulubionego wuefisty, natychmiast stawał się on miękki jak aksamit. Teraz jednak francuską dykcję utrudniały plastikowe zęby.
- Ha ha, to przecież Margit. - Wuefista uśmiechnął się z zakłopotaniem, gdy nauczycielka podeszła jeszcze bliżej.
- Wcale nie Margif - wysepleniła. - Fylko najfrawdziwsza Fracula!
Zamaszystym gestem odsłoniła twarz z zamiarem rzucenia się wuefiście na szyję. Wysportowany Viima w ostatniej chwili zdążył uskoczyć przed jej wielkimi plastikowymi kłami.
- Jefteś taki fwinny! - zachichotała, schwyciła pana Viimę w objęcia i poprowadziła na parkiet.
- Biedak - westchnął Matias, śledząc wzrokiem nauczyciela, który po ognistym obrocie zniknął pod rozfalowaną peleryną pani Haapaniemi.
- Może wpiszmy sobie zaginięcie tego Erna Eeroli jako zadanie numer dwa - ożywiła się Jenni i otworzyła nową stronę notesu. - Proponuję, żebyśmy się podzielili na dwie grupy i rozwiązali dziś wieczorem oba te zadania.
Jesse zastanawiał się nad czymś uporczywie. Niespodziewanie zerwał się na równe nogi i rzucił do biegu. Pozostała trójka patrzyła za nim, jak goni do zastawionego stołu. Ku radości Anity Serowej odważnie zgarnął z misy jedno ciastko, uniósł je do ust i smakował z rozkoszą (a przynajmniej tak to wyglądało). Później o coś zapytał. Anita zastanawiała się przez chwilę. Gdy mu odpowiedziała, Jesse, tryskając zadowoleniem, wlał w siebie jeszcze szklankę soku, po czym podziękował i powrócił biegiem do przyjaciół.
- Może nie będzie trzeba dzielić się na grupy - stwierdził.
- Wybacz, ale... - Jenni przewróciła oczami. - Moim zdaniem dwie osoby powinny zbadać, kto straszył Matiasa, a dwie pozostałe zająć się zaginięciem tego pierwszaka.
- Wydaje mi się, że to jedna i ta sama zagadka - odparł Jesse, próbując wyrównać oddech. - Pamiętacie, jak nazywał się były dyrektor?
- E.S. Kataja - odezwała się Karoliina.
- No właśnie - stwierdził Jesse. - Erno Simeon Kataja!
Nagła błyskawica oświetliła cztery przerażone twarze.
Kto wierzy w duchy
21.13
Tak naprawdę nigdy wcześniej żadne z nich nie wierzyło w duchy. Ale kiedy w jeden burzliwy jesienny wieczór wydarza się tyle niesamowitych rzeczy, można uwierzyć w cokolwiek. Jenni, zaglądając do notesu, wymieniła wszystkie dotychczasowe poszlaki. Najpierw Matias ujrzał w piwnicy jakiegoś podejrzanego typa. Przypominał on mężczyznę ze zdjęcia, które Matias znalazł na podłodze. Potem okazało się, że fotografia przedstawia byłego dyrektora szkoły, Erna Simeona Kataję, który wiele lat temu musiał opuścić szkołę, oskarżony o oszustwa finansowe. Kataja umarł ubiegłej jesieni. Właśnie tej nocy mijała pierwsza rocznica jego śmierci. Tej samej nocy zaginął rudowłosy pierwszoklasista, który nosił to samo imię, co zmarły dyrektor: Erno Eerola.
- To nie może być przypadek - wydusiła z siebie Karoliina, zasłaniając twarz rękami. - Kataja wrócił, by straszyć, i od razu zabrał pierwszą ofiarę!
- Może będzie łapał tylko rudych. - Jesse uśmiechnął się do siostry, której pomarańczowe kucyki sterczały zawadiacko na boki.
- Albo tylko dokuczliwych małych chłopców - odcięła się Jenni.
- Przestańcie! - Karoliina była bliska łez. - Ja naprawdę się boję!
- Czytałem kiedyś książkę o duchach - wtrącił Matias. - One podobno nigdy nie robią ludziom nic złego, przynoszą tylko jakieś wieści i inne takie.
- Powiedz to temu pierwszakowi - zezłościła się Karoliina.
- No, no, tylko bez nerwów - poprosiła Jenni. - Musimy wszystko spokojnie przemyśleć i zrobić porządny plan.
Wyszli z głośnej auli. Gdy zamknęli za sobą drzwi, ucichła dudniąca muzyka i zniknęły migające światła. Usiedli na podłodze. W długim korytarzu było zimno, ale nie zwracali na to uwagi.
Jenni pracowicie notowała w niebieskim zeszycie. Karoliina była już spokojniejsza.
- Kto z was wierzy, że Kataja naprawdę powrócił jako duch? - zapytała Jenni.
Karoliina bez wahania podniosła rękę. Po chwili namysłu to samo zrobił Matias.
- Ja tam nie wierzę - odezwał się Jesse. - Za tym wszystkim musi się kryć jakieś inne wyjaśnienie.
- A ty, Jenni? - spytała Karoliina.
- Nie wierzę w duchy - odparła dziewczynka i przełknęła ślinę. - Ale nie przychodzi mi na myśl nic innego.
- A jeśli to duch dyrektora... - rozpoczął Matias i po chwili dodał: - Musi mieć jakiś powód, żeby tu wracać.
- Anita mówiła, że go zwolnili z powodu jakichś przekrętów finansowych - przypomniała Jenni. - I jest pewna, że był niewinny.
- Kataja chce, by prawda wyszła na jaw - stwierdził Matias. - Na pewno o to właśnie mu chodzi! Nie zazna spokoju, dopóki nie odzyska dobrego imienia!
- Wciąż jeszcze nie mogę powiedzieć, że wierzę w duchy. - Jenni pokręciła głową. - Ale może sprawę należy mimo wszystko zbadać...
- Niby jak? Anita powiedziała, że Kataja odszedł ze szkoły jakieś dziesięć lat temu - odezwała się Karoliina.
- W bibliotece są stare gazety zszyte w roczniki - przypomniał sobie Matias. - Tam na pewno uda się coś znaleźć.
- Można by też poszukać w Internecie - włączył się Jesse.
- Nawet nie chcę o tym mówić, ale trzeba koniecznie zrobić dokładny obchód piwnicy - dodała Karoliina.
- Super! - zawołał Jesse i aż przyklasnął. - To my z Matiasem idziemy do piwnicy, a wy, dziewczyny, zajmijcie się szukaniem w bibliotece i w Internecie.
- Nie tak szybko! - zdenerwowała się Jenni. - Niby dlaczego właśnie wy macie pójść do piwnicy?
- Co? - zdziwił się Jesse.
- No powiedz, powiedz - ponaglała go.
- Co mam powiedzieć? - zająknął się.
- Powiedz, że to dlatego, że jesteście chłopcami! - wykrzyknęła, cała czerwona ze złości.
Jesse wpatrywał się w siostrę ze zdumieniem.
- Wy też możecie pójść do piwnicy - odezwał się ostrożnie.
- Pewnie, że możemy - zawołała. - I to zrobimy! Chodź, Karo!
Zerwała się na równe nogi. Karoliina też się podniosła. Próbowała jeszcze powstrzymać przyjaciółkę:
- Dobrze, chodźmy. Ale jeśli chłopcom bardzo zależy, to... - wahała się.
- Idziemy! - zakomenderowała Jenni i Karoliina podążyła pospiesznie za nią.
Jesse i Matias wpatrywali się za nimi z otwartymi buziami.
- Co tu się właściwie stało? - Matias przerwał ciszę.
- Żebym to ja wiedział. - Jesse pokręcił głową.
- W każdym razie sprawnie to załatwiłeś - podziękował Matias. - Nie miałem najmniejszej ochoty jeszcze raz tam wracać.
Szkoła koszmarów
21.24
Matias wszedł do biblioteki znajdującej się na końcu korytarza, w którym Klub Detektywów „Huragan" odbył przed chwilą zebranie. W ciemności biblioteka wyglądała zupełnie inaczej niż za dnia. Zazwyczaj Matias lubił tam przychodzić, ale teraz dałby wiele, by wraz z innymi tańczyć na dyskotece.
Biblioteka była niewielka, więc cała jej przestrzeń została starannie zagospodarowana. Podłużne regały z książkami, stojące gęsto jedne za drugimi, sięgały prawie do sufitu. Półki znajdowały się po obu stronach biblioteki, ale pomiędzy nimi ciągnął się korytarzyk, prowadzący do małej czytelni. To tam kryły się poszukiwane przez Matiasa roczniki starych gazet.
Zerknął tęsknie na włącznik przy drzwiach. Wystarczyłoby jedno pstryknięcie, by w bibliotece zapanowała bezpieczna i przytulna atmosfera. Ktoś jednak mógłby dostrzec włączone światło, a tak ryzykować Matias nie zamierzał.
Stał więc przed drzwiami, badając wszystko latarką. Dokładnie sprawdził, czy zza żadnej półki nie wychyla się w jego stronę nic podejrzanego lub nadprzyrodzonego. Potem oświetlił jeszcze korytarzyk.
- Duchy nie istnieją, agencie Aura - szepnął do siebie. Chyba jednak nie był wystarczająco o tym przekonany, bo strach ani trochę go nie opuścił. Serce Matiasa biło bardzo szybko i chłopiec zauważył, że trzęsą mu się nogi.
Postąpił o krok naprzód. Miękka szara wykładzina tłumiła najlżejsze odgłosy. Ciszę biblioteki przerywał tylko jego ciężki oddech.
Podszedł do pierwszego rzędu półek i rozejrzał się nerwowo na boki. W wąskim przejściu nie zauważył nic, tylko ciągnące się metrami książki. Sprawdził jeszcze, czy nikt nie pojawił się za jego plecami i podszedł do kolejnego rzędu. Ponownie skierował latarkę w obie strony.
Po kolejnych ośmiu rzędach półek znalazł się wreszcie w czytelni. Pomimo dumnie brzmiącej nazwy, było to zaledwie niewielkie pomieszczenie na końcu biblioteki, wyposażone w dwa okrągłe stoliki otoczone krzesłami. Na ścianach czytelni wisiały półki uginające się od potężnych encyklopedii.
Matias odnalazł regał, na którym zgromadzono stare roczniki zszyte w tomy. Przeciągnął światłem latarki wzdłuż okładek. „Wiadomości z Pihlakylä 1985", „Wiadomości z Pihlakylä 1986", „Wiadomości z Pihlakylä 1987"... Rząd zdawał się nie mieć końca. Wreszcie Matias znalazł to, czego poszukiwał i wyjął z regału tom. Był wielki i ciężki, miał rozmiar gazetowej płachty. Chłopiec położył go na okrągłym stoliku i otworzył.
Jesse siedział na końcu sali informatycznej. W ciemnym pomieszczeniu ciągnęły się cztery rzędy komputerów. Wszystkie monitory były wyłączone, tylko na tym, przed którym siedział Jesse, mrugały napisy włączającego się komputera.
Nigdy wcześniej w klasie informatycznej nie było równie cicho. Chłopiec spróbował wyobrazić sobie wokół innych uczniów, stukających w klawiaturę, grających na komputerach w głośne gry i chichoczących z dowcipów znalezionych w Internecie. Zupełnie jakby znalazł się teraz w zupełnie innym świecie. Jedyne dźwięki dochodziły z szumiącego komputera i od szyby, o którą uderzał deszcz.
Komputer uruchamiał się powoli. Jesse zapatrzył się na okno, w którym wciąż pojawiały się nowe krople. Niektóre pozostawały w miejscu, inne spływały ku dolnej framudze. Czasem łączyły się, tworząc wielką kroplę, która w szalonym tempie pokonywała drogę biegnącą wzdłuż szyby.
Zabawa kropel deszczu przykuła jego wzrok. Równomierny szum komputera działał uspokajająco. Jesse patrzył na mokrą szybę jak zaczarowany. Krople już nie poruszały się w dół, tylko zatrzymywały tam, gdzie zagnał je wiatr. Było ich coraz więcej. Zaczęły tworzyć najróżniejsze wzory. Podłużne linie, elipsy i koła. Nagle Jesse dostrzegł na szklanej szybie coś znajomego. Krople ułożyły się w rysunek szczupłej twarzy, w której pojawiło się dwoje wąskich podłużnych oczu. Oczy wpatrywały się zimno w Jessego. Twarz przeniknęła przez szybę i frunęła prosto ku niemu. Chłopiec odchylił się, przywierając do poręczy krzesła. Twarz przecięła powietrze i zatrzymała się tuż obok. A potem wąskie oczy zabłysły w jaskrawych płomieniach.
Jesse ocknął się. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że zasnął, zapatrzony w krople deszczu. Oświetlił klasę ze wszystkich stron latarką, ale nikogo nie dostrzegł. Na dworze grzmiało. Okna znów pociemniały, a krople deszczu spływały po nich, jakby się goniły.
Położył palce na klawiaturze i poczuł, że całkiem mu zgrabiały. Otworzył ikonkę Internetu. Komputer zabrzęczał donośnie, na ekranie kręciła się mała klepsydra. Z trwogą rozejrzał się dokoła. Teraz naprawdę nie chciałby wpaść
Brak artykułów.
Brak recenzji
Brak zdjęć w galerii


Dodaj do Listy życzeń
Jak kupować?
Prześlij znajomemu
Wydrukuj stronę













